Dział poświęcony filmom których tematykę można określić jako post-apokaliptyczną lub też będącą w jej pobliżu. Znajdziecie tutaj recenzje naszej załogi lub też takie które zostały podesłane przez Was. Jak sami na pewno zauważycie lista filmów jest najłagodniej mówiąc niepełna, dlatego też bardzo cenimy sobie Wasz wkład w jej uzupełnianie. Jeżeli jakiegoś filmu tu nie ma a powinien być to nie dlatego że nie uznaliśmy go za klimatyczny - po prostu nie da się zobaczyć wszystkiego.
Część okładek do filmów pochodzi z serwisu FILMWEB.pl
>>> Punktowa ocena filmów - objaśnienie <<<

Wirus nieznanego pochodzenia niszczy 99 procent ludzi na ziemi. W przyszłości w roku 2035 atmosfera jest skażona więc ludzie mieszkają pod ziemią i prowadzą normalne życie. Bo tak naprawdę wnioskując z pierwszych scen filmu atmosfera nadaje się do życia (widać niedźwiedzia, który nie jest jakimś mutantem ;]).
Nasz bohater 'James Cole' zostaje zesłany na 'ochotnika' do roku 1996 jednak przez pomyłkę naukowców trafia on do roku 1990 gdzie zostaje przywitany przez policjantów i uznany za szaleńca. Po rozmowie z psychologiem również nie jest za ciekawie, jednak udaje mu się uciec z... ale to pozostawię dla was.
Film jest niesamowity i ma bardzo dobrą fabułę. Zadaniem Jamesa jest odnalezienie próbki wirusa, ale wbrew pozorom jest to bardziej zagmatwane niż mogłoby się wydawać [na początku jak wsponiałem trafia do więzienia, a później do zakładu psychiatrycznego...]. Kolejnym plusem jest świetna obsada Bruce Willis [James Cole], Brad Pitt [Jeffrey Goines] oraz Madeleine Stowe [Dr. Kathryn Railly]. Jeśli chodzi o grę aktorską to Bruce nie pokazał nic nadzwyczajnego... chociaż najprawdopodobniej jest to wina Brada Pitta, który zagrał niesamowicie i stworzył bardzo przekonującą postać [szaleńca oczywiście], która przyćmiła Bruce'a.
Godny polecenia film przypominający Random Encounter w Fallout 2 gdy nasz bohater cofał się do przeszłości i musiał zniszczyć water chip...
| ⇒ Menu | Opisał © Scumgrief |

Danny Boyle wraca na ekrany kin w dobrym stylu. Filmowiec znany z realizacji tak znakomitych obrazów, jak Trainspotting, 28 dni później czy Slumdog. Milioner z ulicy (za którego - warto przypomnieć - zdobył Oscara, jak zresztą szereg innych nagród) dał się dotąd poznać jako twórca niezwykle wszechstronny. Boyle nie boi się sięgać po różnorakie konwencje, a we wszystkich prezentuje się co najmniej solidnie, dlatego jego najnowszej produkcji - 127 godzin - poprzeczkę zawiesiłem wysoko. Twórca Niebiańskiej plaży dał radę przeskoczyć, choć nie omieszkał także odrobinę jej musnąć.
| ⇒ Menu | Zrecenzował © 2011 Veron |

Ekranizacja głośnej powieści George'a Orwella. Jest przyszłość - rok 1984 (Disclaimer: Orwell napisał książkę w latach 1943 ↔ 1944, a wydał w 1949, kiedy wzrastała potęga ZSRR. Lata 80' wydawały się wtedy odległą przyszłością). W totalitarnym państwie Oceanii, gdzie społeczeństwo jest pod stałym nadzorem, wszechobecne ekrany telewizyjne nadają nieustannie ideologiczną propagandę Partii. Życie obywateli jest w 100% podporządkowane państwu, wszelka prywatność jest podejrzana. Zbrodnią jest nie tylko czyn, ale także słowo i myśl - wszyscy są nieustannie obserwowani, a wszechobecni szpiedzy i Kapusie (młodzieżowa organizacja w stylu dawnych harcerzy) donoszą o każdym podejrzanym ruchu Ministerstwu Miłości (organizacji policyjnej, kierującej także torturami). Winston Smith, niższy urzędnik w Departamencie Archiwów, w tajemnicy przed światem prowadzi dziennik, w którym zapisuje swoje wątpliwości, obawy i nienawiść wobec systemu. Uważa, że jest bezpieczny, gdyż wskutek nietypowej architektury pokoju jego teleekran (urządzenie będące zarazem TV jak i kamerą) nie jest w stanie zarejestrować wszystkiego, co robi. Wkrótce poznaje dwoje sprzymierzeńców: atrakcyjną Julię i tajemniczego O'Briena, który wprowadza ich w świat spiskowców, legendarnego Bractwa walczącego z Partią.
| ⇒ Menu | Zrecenzowała © Twickle |

Począwszy od Gwiezdnych Wrót, każdy nowy film w reżyserii Rolanda Emmericha oglądam w dniu lub też w pobliżu dnia premiery. Oczekiwania na Wielkie Kino przedstawiające Wielką Wizję wyczerpały się gdzieś w okolicach Dnia Niepodległości. Po prostu ten facet to nie James Cameron i tyle. W Emmerichowskim kinie za fasadą tajemnicy i "niespotykanego", kryje się szczątkowa fabuła zmielona z poprawnością polityczną oraz patosem, przywalona toną efektów specjalnych. Stany Zjednoczone zbawcą świata, angielscy żołnierze z wojny o niepodległość Stanów gorsi od nazistów z SS, jaszczurka zmutowana do wysokiego na kilkadziesiąt metrów potwora, jaskiniowcy z uzębieniem ładniejszym niż paryskie modelki, spadki temperatury powietrza dochodzące do minus 100 stopni Celsjusza? A czemu nie! Jeśli jakaś argumentacja uzasadniające takie motywy z filmów Emmericha zawiedzie, to zawsze pozostaje aksjomat, stosowany np. przez dwóch misiów z Bethesdy, tłumaczących czemu Fallout 3 jest jaki jest. No właśnie jest taki a nie inny, bo jakby był inny to by się to nie sprzedało.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Mockbuster jest filmem najczęściej wykonanym przy niskim budżecie, który, ujmując to w najprostsze słowa, ma za zadanie "żerować" na podobnym, wysokobudżetowym tytule. Z reguły posiada on zbliżoną czy niemal identyczną tematykę i nazwę, przeważnie jest on dedykowany od razu do wydania na DVD lub wymierającym VHS. Za mockbustera popularnego ostatnio obrazu Rolanda Emmericha, "2012", jest uważany film "2012: Doomsday". Lecz przy wszystkich swoich wadach film twórcy "Dnia Niepodległości" i "Patrioty" postawiony obok wytworu Nicka Everharta może uchodzić za arcydzieło.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Danny Boyle to jeden z ciekawszych współczesnych reżyserów, a do tego przyznam się, że jeden z moich ulubionych. Specyficzny sposób realizacji filmów przez tego brytyjskiego filmowca sprawia, że niemal każdy jego obraz staje się wydarzeniem. Już jego pierwszy poważny film, "Płytki grób" z 1994 roku, był ciekawą, solidną i dającą do myślenia produkcją, o której łatwo zapomnieć nie było. Późniejszy "Trainspotting", czyli słodko-gorzka opowieść o grupie narkomanów, jest w pewnych kręgach uznawany wręcz za kultowy. Film "28 dni później", którego premiera odbyła się w 2002 roku, jest dla fanów postapokalipsy prawdziwą perełką - bo to postapo naprawdę pełną gębą!
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Film 28 dni później z 2002 roku, w reżyserii Danny'ego Boyle'a, okazał się sporym zaskoczeniem. Inteligentny, trzymający w napięciu, porządnie zrealizowany horror zdobył całkiem sporo nagród, z Saturnem i nagrodą Europejskiej Akademii Filmowej na czele. Tematyka filmu i otwarte zakończenie pozwoliły na zrealizowanie kontynuacji dzieła twórcy Slumdoga. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że sequel nie dorównuje poprzednikowi i mimo dość pozytywnego przyjęcia, w moich oczach wypada mocno przeciętnie.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Szczerze mówiąc to nigdy nie pałałem specjalną miłością do współczesnych animacji komputerowych i to niezależnie czy były one skierowane do młodszych odbiorców, czy też do zaawansowanej wiekowo publiczności. Po prostu przesłodzona mieszanka patetycznych dialogów, płaskich dylematów moralnych, humoru niskich lotów oraz taniego efekciarstwa, całkowicie do mnie nie trafia i w skrajnych przypadkach objawia się bólem w dolnej części żeber (przysypianie obok pięknych dzierlatek z niewiadomych powodów straszliwie je irytuje i powoduje dość gwałtowną pobudkę, spowodowaną przez cios łokciem - nie polecam). Choć powoli ta, ograna już chyba od czasów braci Lumiere, tendencja zaczyna się zmieniać (choćby tegoroczna "Koralina i tajemnicze drzwi", gdzie przeciętnego widza nie traktuje się niczym rozwrzeszczanego małolata), to wciąż ciężko jest mi wydusić jakieś ciepłe słowo o tymże gatunku.
| ⇒ Menu | Zrecenzował © 2009 Zagłoba |

Po co w ogóle powstał ten film (tytuł to imię bohaterki)? Oglądając go można dojść do wniosku, że chyba tylko po to by odtwórczyni głównej roli - Charlize Theron - biegając w obcisłych "majtach" mogła porobić sobie szpagaty w powietrzu, na ścianach i w ogóle (podobno aktorka podczas kręcenia filmu doznała kontuzji - komentarz jest tu chyba zbyteczny). Znaczy wiecie - Matrix taki.
I tak można by narzekać sobie, że całość filmu to w sumie taka "promocja" pięknego ciała tej aktorki (bo ogromny talent jaki ona posiada nie na wiele się w tym filmie przydał), dopóki nie spojrzy się, kto brał udział w produkcji "Aeon Flux". To spółka należąca do telewizji MTV. Czyli wszystko jasne. Dostajemy przede wszystkim teledysk ubrany w zręby fabuły, a nie fabułę podaną w efektownym sosie.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Sqounk |

Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości. Zniszczoną wybuchami atomowymi Ziemią rządzą cyborgi, które wygrały w walce z gatunkiem ludzkim i opanowały Ziemię. Jeden z nich, przeznaczony do eksterminacji ludzi, Omega Doom, po wypadku staje u boku nielicznych partyzantów, którzy usiłują przywrócić dawny ład...
| ⇒ Menu |

Armagedon to kolejny film, w którym Ziemi zagraża asteroida, podobna do tej, która zlikwidowała dinozaury. Tym razem naukowcy z NASA dzięki astronomowi - amatorowi dowiadują się, że za 18 dni w trzecią planetę od Słońca uderzy obiekt o wielkości Teksasu (swoją drogą czemu zawsze to musi być wielkość Teksasu, eh te amerykańskie jednostki długości ;p).
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Babylon AD to film nakręcony na podstawie powieści Maurice'a Danteka "Babylon Babies". Pierwotnie miał być jej adaptacją jednak bardzo szybko okazało się że przeniesienie 600 stron książki na wielki ekran jest w zasadzie niemożliwe - dlatego też wiele wydarzeń nie znalazło się w filmie a tytuł zmieniona z Babylon Babies na Babylon AD (w skrócie BAD ;p). Na uwagę zasługuje fakt iż jest to produkcja amerykańsko-europejska, co osłabiło hollywoodzki wpływ na fabułę. Budżet wysokości 60 milionów euro również miał w tej kwestii pozytywny wpływ - reżyser musiał liczyć się z każdym groszem przez co film uniknął przeróżnych szalonych i nierealnych efektów specjalnych tak charakterystycznych dla wysoko budżetowych produkcji.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Film nakręcony w formie miniserialu. Podzielony został na 4 części: Pomór, Sny, Zdrada i Bastion.
Jesteśmy u Kinga, jesteśmy na amerykańskiej prowincji, ale to nie jest seans realistyczny. Dość szybko z opowieści, która w warstwie zewnętrznej przypomina trochę pierwsze sceny słynnego katastroficznego technothrillera "Andromeda znaczy śmierć" wkraczamy w rasowy amerykański film drogi... W kojarzący się z "Twin Peaksem" Lyncha film o duchach, dziwakach i snach... W horror z Diabłem-Krukiem-Człowiekiem w roli głównej. W religijny film o męczennikach, którzy ruszają koncentrycznym marszem na bastion szatana - Las Vegas, by dać się tam ukrzyżować, zbawić siebie i świat...
| ⇒ Menu |

Casshern jest filmową adaptacją, 35-odcinkowej animowanej serii pt. Neo-Human Casshern, po raz pierwszy wyemitowanej przez telewizję w 1973 roku. Już rzut oka na okładkę płyty DVD daje nam mały obraz tego, co może znajdować się w środku - a mianowicie: samotny bohater, średnio rozbudowane love story i naprawdę DUŻA dawka efektów specjalnych, co czyni tą produkcję najlepszym filmem w historii azjatyckiego kina PA.
Po 50 latach nuklearno-biologiczno-chemicznej wojny Europy ze Wschodnią Federacją, powstaje Eurazja. Walka obróciła całą Ziemię w ruiny, a ok. 60% populacji zapadło na tajemniczą chorobę, na którą nie ma lekarstwa. Kiedy wydaje się już, że ludzkość skazana jest na powolną śmierć, dr Azuma rozpala w ludzkich sercach iskierkę nadziei. Chcąc wyleczyć swoją chorą żonę Midori, opracowuje terapię neo-komórek, która pozwala na wyhodowanie części zastępczych dla człowieka, z komórek pierwotnych znalezionych u pewnej tajemniczej grupy etnicznej. Przeszczep tych części ciała, nie wiązał by się z ryzykiem odrzucenia przez ludzki organizm - co uczyniło by tą technikę idealną. Z prośbą o sfinansowanie swych badań, zwraca się do swojego rodzaju zgromadzenia/rady miasta. Mimo, iż nie otrzymuje poparcia, Azuma dostaje ofertę kontynuowania pracy nad cudowną technologią w bazie wojskowej.
| ⇒ Menu | Zrecenzował © 2010 Dr Rectum |

W roku 2024 świat zniszczony przez trwającą pięć dni wojnę atomową przypomina spaloną promieniowaniem i słońcem jałową pustynię. Resztki ludzkości żyją na powierzchni w niewielkich miastach, w których jedynymi rozrywkami są przedwojenne filmy porno i gwałcenie żyjących w strachu i ciągle ukrywających się kobiet. Pozostałości cywilizacji stanowią mieszkańcy podziemnych schronów przeciwatomowych, w których ludzie prowadzą utopijne życie. Zdominowane przez mężczyzn pustkowia pełne są Gitpak - gangów poszukujących jedzenia i specjalizujących się w tropieniu i gwałceniu znalezionych dziewcząt. Świat zewnętrzny, pozbawiony jakiejkolwiek jednostki egzekwującej prawo, jest miejscem okrutnym, gdzie słowo "człowieczeństwo" straciło jakiekolwiek znaczenie, wraz z ostatnią upadającą bombą.
| ⇒ Menu | Zrecenzował © 2010 Vegeir |

Film "Contagion - Epidemia strachu", w reżyserii zdobywcy Oscara Stevena Soderbergha, oparty jest na standardowej dla kina katastroficznego konstrukcji fabularnej. Zaczyna się więc niepozornie - od pewnej trzydziestokilkuletniej Amerykanki przebywającej w Hong-Kongu, którą męczy gorączka, kaszel i inne objawy typowe dla niejednej choroby. Kobieta wraca do domu, jej stan zdrowia gwałtownie się pogarsza. Co gorsza symptomy zaczynają występować także u jej kilkuletniego synka. W ciągu paru dni oboje umierają. Tymczasem nieznana choroba zaczyna opanowywać azjatycką metropolię i błyskawicznie przemieszcza się w inne miejsca na całym świecie. Wystarcza tydzień, żeby ofiary tajemniczej choroby liczono w setkach, zarażonych zaś - w dziesiątkach tysięcy.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

"Coś", wydany w 1982 roku, kultowy dziś horror Johna Carpentera, jest remakiem filmu "Istota z innego świata" z 1951 roku w reżyserii Christiana Nyby'ego, nad którym pieczę trzymał sam Howard Hawks. Wersja Carpentera pozostawiła w tyle klasyczny pierwowzór, mimo że krytycy początkowo odnosili się doń z dużą dozą rezerwy, zarzucając m.in. to, iż reżyser "Ucieczki z Nowego Jorku" postawił na szokujące efekty wizualne, nie zaś na budowanie napięcia. Czas pokazał, że mylili się - "Coś" Carpentera wszedł do klasyki gatunku filmu grozy, a stworzona w nim atmosfera strachu do dziś jest wzorem do naśladowania dla twórców filmowych.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Powzięcie decyzji o realizacji prequela filmu "Coś", kultowego obrazu Johna Carpentera z 1982 roku, było więcej niż ryzykowne. Film twórcy "Ataku na posterunek 13" do dziś pozostaje dla wielu niedoścignionym wzorem horroru, a wypełniająca go paranoiczna atmosfera strachu wydaje się być nie do skopiowania. Holenderski reżyser Matthijs van Heijningen Jr. musiał zdawać sobie sprawę, iż stając w szranki z legendą naraża się ogromnej rzeszy jej fanów. Postanowił więc swoim debiutem oddać hołd wielkiemu poprzednikowi, realizując film silnie nim inspirowany, ale jednocześnie zaznaczając w nim swoją obecność. Czy mu się udało? Średnio.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Gdzieś przeczytałem, że tzw. "kino klasy B" charakteryzuje ciekawa i zabawna rzecz. Otóż można je podzielić na trzy kategorie - filmy złe, filmy bardzo złe i filmy złe na tyle, że można się przy nich zdrowo uśmiać. Postapokaliptyczny "Cyborg" w reżyserii Alberta Pyuna, z rolą późniejszej gwiazdy niskobudżetowego kina kopanego, Jean-Claude'a Van Damme'a, należy do tej ostatniej, bo choć dobrym filmem nazwać jest go nie sposób, to jednak w pewnych kręgach pasjonatów został uznany za kultowy, a i ogląda się go całkiem przyjemnie (o ile wcześniej wyłączy się myślenie lub zaopatrzy się w odpowiednią ilość piwa temu celowi służącą).
| ⇒ Menu | Zrecenzował © 2011 Veron |

Recenzja w skrócie? Film głupi jak 150, zrobiony zapewne w celu zaszkodzenia nowozelandzkiemu przemysłowi hodowli owiec. Albo i na jego zlecenie. Pod warunkiem, iż przyjmiemy, że przedstawiciele tegoż mają specyficzne poczucie humoru.
Dwaj bracia, tragedia rodzinna spowodowana śmiercią ojca, który spadł ze skały w pogoni za uciekającą owcą. Starszy brat zostaje na farmie zajmuje się hodowlą owiec. Młodszy nabawia się panicznego strachu przed nimi, wyjeżdża do miasta i zostaje informatykiem. Któregoś dnia przyjeżdża do rodzinnego domu, po swoją część ojcowizny. Tymczasem starszy brat, korzystając z usług szemranej pani genetyk, zamierza przedstawić kontrahentom z całego świata super owcę wyhodowaną w równie szemranych eksperymentach. Plany krzyżuje pojawienie się nawiedzonych ekooszołomów...
Elementy postapo? Mutanty owce, niczym zombie pożerają ludzi. Ci co nie zostaną pożarci do końca zamieniają się w owco-ludzi. Świat czeka inwazja owcombie...
Ani to straszne, ani to śmieszne. To nieporadnie zrobiony film pozujący, zwłaszcza w ostatnich scenach na kino z gatunku gore. Ten film to chyba jednak sabotaż...
Eee... Czemu jeszcze nie skończyłem tego pisać? ![]()
| ⇒ Menu | © 2009 Squonk |

Każdy, kto oglądał oceniany przeze mnie film zapewne zapyta - skąd recenzja tej produkcji na Trzynastym Schronie? Odpowiadam - Człowiek demolka, przy całym swoim komercyjnym, sensacyjno-komediowym sztafażu, to nic innego jak antyutopia z jej wieloma wyznacznikami. Wizja przyszłości, której elementy odnaleźć można w późniejszym Equilibrium, jest tłem do rozegrania płytkiej, choć ciekawej fabuły, a film Marco Brambilli to niewymagające pracy mózgu i bardzo przyjemne kino akcji.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Lekcja angielskiego, ilość osób na sali: 4 (w tym wykładowca), ekran opuszczony, klimat
prawie jak w kinie. A co leci? Moim zdaniem perełka kina: "Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę". Film zapowiadał się niewinnie. Oto szalony generał wojsk amerykańskich wprowadza w życie plan awaryjny, wysyłając samoloty z bombami atomowymi w głąb ZSRR. Każdy samolot otrzymuje inny cel do zniszczenia, a zawrócić może je tylko hasło wymyślone przez owego generała. W kwaterze dowodzenia USA zbiera się rada, która ma zapobiec nadchodzącej katastrofie. Wśród zgromadzonych znajduje się ambasador rosyjski oraz tytułowy doktor Strangelove, były nazista. Zaczyna się narada, wyjścia z sytuacji nie widać, a czas płynie. Na domiar złego okazuje się, iż niedługo automatycznie i całkowicie nieodwracalnie uruchomi się tajemnicza Doomsday Machine, tak przerażająca, że informowani pocą się już na samą myśl, co ich czeka. I w tym momencie do akcji wkracza tytułowy bohater, podpowiadając wizję tyle nieprawdopodobną, co kuszącą... Jaka to wizja, sprawdźcie sami, warto. ![]()
| ⇒ Menu | © 2009 maYa |

Jeśli recenzje na Trzynastym Schronie byłyby opatrzone tytułami, to ta nosiła by nazwę "Obronić Doomsday". Lub też "Jak spieprzyć dobry pomysł na film". Czyli dobrze nie jest.
Na pierwszy rzut - czyli poprzez materiały promocyjne jakie w przypadku tego filmu były dostępne (także na naszym kanale YouTube - trailer) - wydawać by się mogło, że dostaniemy mocny film osadzony w postapokaliptycznych realiach. Czyli będzie - gdy trzeba to brutalnie, gdy trzeba to ostro. Apetyt widza mógł też zaostrzyć fakt, że za film wzięły się osoby z Wielkiej Brytanii. Czyli hollywoodzkiej sztampie i banalności mówimy NIE!
| ⇒ Menu | © 2008 Zrecenzował Sqounk |

Powieść Droga autorstwa znakomitego amerykańskiego pisarza Cormaca McCarthy'ego została uznana za arcydzieło literatury. Uhonorowana nagrodą Pulitzera, poruszała sumieniem i stawiała głębokie pytania natury moralnej. Autor w doskonały, przejmujący sposób zarysował świat po zagładzie, w którym zachowanie ocalałych ludzi zostało zepchnięte do podstawowych instynktów w jednym tylko celu - przetrwania. To lektura ciężka i trudna, ale jednocześnie potrafiąca pochłonąć czytelnika bez reszty. Nie trzeba było długo czekać na jej ekranizację, której podjął się w 2009 roku mało znany australijski reżyser John Hillcoat, a premiera obrazu była jedną z najbardziej wyczekiwanych, nie tylko przez fanów postapokalipsy. Z przykrością muszę stwierdzić, że film nie dorównuje jednak książkowemu pierwowzorowi, choć nie jest też absolutną klapą. Jest propozycją zupełnie różną od komercyjnych produkcji z gatunku fantastyki postapokaliptycznej, których obficie obrodziło w ostatnim czasie, i na którą warto zwrócić uwagę.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Film ten jest adaptacją powieści Rogera Zelaznego pod tym samym tytułem. Świat po III wojnie światowej. W skutek wybuchów jądrowych oś ziemi zmieniła swoje położenie, a Stany Zjednoczone zmieniły się w pustynię, nad którą góruje czerwone i radioaktywnie skażone niebo. Atak nuklearny przeżyło zaledwie kilku weteranów Lotnictwa USA: Denton (George Peppard), Tanner (Jan-Michael Vincent) i Keegan (Paul Winfield). Razem muszą przebyć drogę przez najbardziej skażone i niebezpieczne rejony kraju w nadziei, iż napotkają gdzieś resztki cywilizacji. Film ten jest niestety typowym przykładem kina SF klasy B tworzonego swojego czasu masowo w USA. Polecam wyłącznie najbardziej wytrwałym i odpornym na tandetę miłośnikom gatunku. Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę rok produkcji. Ciekawostką dla fanów Fallouta może być to, iż bohaterowie w czasie swojej wędrówki napotykają gigantyczne skorpiony, czyżby Radscorpiony? ;)
| ⇒ Menu | Zrecenzował © Dudek |

Co Wy k...urde wiecie o RPA? Że w 2010 roku nasza drużyna piłkarska nie pojedzie na odbywające się tam mistrzostwa piłki nożnej? Że "źli" biali wprowadzili tam państwową segregację rasową, a dziś - po zmianie sytuacji politycznej, od prawie 20 już lat tym krajem rządzi ta sama partia? Że tworzy go mieszanka złożona z wpływów osadnictwa holenderskiego oraz niemieckiego, kolonialnych władz Wielkiej Brytanii oraz całego afrykańskiego nawisu kulturowego, który wnosi murzyńska większość? Że mimo zmiany władzy, nie doszło do "powyrzynania" białej mniejszości, do czego przyczynili się tacy ludzie jak Nelson Mandela czy Desmond Tutu, choć rożne naziolstwo w swoich pisemkach udowadnia, że w RPA trwa "holocaust białej rasy"? Taka to scenografia jest miejscem akcji filmu "Dystrykt 9".
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Czasy współczesne. Do Ziemi zbliża się obiekt niewiadomego pochodzenia, mający 500 kilometrów średnicy. Naukowcy nie potrafią go zidentyfikować, okazuje się również, że nie jest to meteor, jak wcześniej przypuszczano. Obiekt zaczyna zwalniać, co wzbudza spekulacje iż do naszej planety zbliża się statek obcej cywilizacji. Ze względu na nieznajomość zamiarów przybyszów, prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas J. Whitmore nie podejmuje się przeprowadzenia ewakuacji mieszkańców miast, nad którymi wkrótce zaczynają zawisać ogromnych rozmiarów spodki. Uważa się, że obcy nie mają względem ludzkości złych zamiarów i nie warto wzbudzać paniki.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Vegeir |

Dzień sądu ostatecznego to kolejna już produkcja, w której świat stawia czoła zagrożeniu z kosmosu, a jednocześnie jedna z najgorszych jakie widziałem. No ale nie wyprzedzając faktów, 6 dni przed uderzeniem 23 kilometrowej asteroidy w ziemie naukowcy dowiadują się o jej istnieniu - pytanie co robili do tej pory pozostaje bez odpowiedzi. Oczywiście, by uratować ludzkość, trzeba użyć tajnej broni nuklearnej opartej na antymaterii , jak zwykle amerykanie mają coś takiego w swoim nuklearnym składziku. Pojawia się jednak problem, jedyną osobą, która posiada kody mogące uzbroić ładunek, jest niejaki doktor Corbett (zapewne to normalna praktyka w amerykańskim wojsku, że puszczą się ludzi wolno nie pytając o takie szczegóły jak kody do rakiety).
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Po wypadku spowodowanym jednoczesną detonacją rakiet nuklearnych Stanów Zjednoczonych I Związku Radzieckiego klimat Ziemi strasznie się zmienia. Zbiorniki wodne, oraz tamy zaczynają wysychać. Rząd wreszcie przyznaje, że wypadek spowodował zmianę orbity Ziemi. Jednak prawda jest znacznie gorsza. Na Ziemi wybucha panika, gdy okazuje się, że Ziemia podąża w kierunku Słońca.
| ⇒ Menu | Opis pochodzi z serwisu FILMWEB.pl
Podesłał go Mrok |

Naukowcy - jako dość specyficzna grupa społeczna - nie mają dużego szczęścia do przedstawiania swojego wizerunku w kulturze masowej, reprezentowanej przez kinematografię. Albo szalone świry, które szukają zemsty na świecie na za odtrącenie i pogardę - albo też zakręcone dziadki z rozwiana grzywą włosów, nie pamiętające nawet własnego imienia.
Jaka jest prawda? W filmie "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" (rimejk obrazu z 1951 roku pod tym samym tytułem) chyba dość mocno ją okazano. Na tyle, że ów obraz - co widać po reakcjach widzów - został całkowicie nie zrozumiany i odrzucony.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Jest rok 1997. Grupa uczniów liceum razem ze swoim nauczycielem astronomii prowadzi nocną obserwacje nieba. Jeden z nich zauważa nieznany obiekt. Ta ciekawa obserwacja trafia wkrótce do doktora Wolfa który jest naukowcem pracującym w obserwatorium astronomicznym. Po wpisaniu danych do komputera okazuje się że owy obiekt to tak naprawdę kometa - większa od tej która zniszczyła dinozaury. Nie było by nic w tym dziwnego gdyby nie kierunek w jakim zmierza z ogromną szybkością - ziemia. Mając świadomość wagi swojego odkrycia naukowiec pędzi by ostrzec władze - niestety ginie w wypadku samochodowym, co nie oznacza ze informacja nie trafia tam gdzie powinna.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

"Dead series", czyli seria filmów George'a A. Romero o inwazji żywych trupów na Amerykę, stała się kultowa. Każdy z obrazów zawierał subtelną lub ostrą krytykę wielu społecznych zagadnień, przez co widzowie, którzy przemogli się gatunkiem filmu i wieloma krwawymi scenami, darzyli serię dużym szacunkiem. Romero jako pierwszy potrafił w horrorze nie tylko przestraszyć widza, ale także zmusić go do refleksji, tak jak to miało miejsce w "Nocy żywych trupów". Stworzył także niedościgniony wzór filmu o zombie, jakim na zawsze pozostanie "Świt żywych trupów". Kończący pierwotną trylogię "Dzień żywych trupów" z 1985 roku, choć już nie tak efektownie, wieńczy przede wszystkim sukces artystyczny filmów.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Epidemia to jeden z lepszych filmów w klimatach, jakie nakręcono. Przedstawia iście przerażający scenariusz zabójczego wirusa, w tym wypadku Eboli, który błyskawicznie przemieszczą się drogą kropelkową, przeskakując z człowieka na człowieka. Zarażony z początku ma objawy przeziębienia, jednak po kilku godzinach zmieniają się one w rozległy krwotok, który po kilkunastu godzinach uszkadza narządy wewnętrzne, powodując śmierć. Za pomocą małpki (nie mylić z tą prezydencką ;p) przywiezionej z Afryki do sklepu zoologicznego, wirus pojawia się w małej miejscowości w Kalifornii, gdzie szybko wybucha epidemia. To co lekarze z początku mylnie biorą za grypę, szybko okazuje się czymś z czym nigdy wcześniej nie mieli do czynienia.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby świat po III Wojnie Światowej? Niektórzy mówią, że będzie to wojna ostateczna, po której ludzkość wyginie.
Film "Equilibrium", w reżyserii Kurta Wimmera odpowiada na swój sposób na to pytanie. Akcja dzieje się na początku XXI wieku, tuż po wojnie. Ludzie wyciągają wnioski ze swojego postępowania i tworzą utopijne państwo - Librię, kierowane przez Ojca oraz Tetragrammaton. Jego mieszkańcy są pozbawieni uczuć (dzięki czemu nie są skłonni do konfliktów, ale też miłości i współczucia), a to za sprawą "rewolucyjnego" wynalazku o nazwie Prozium, wstrzykiwanego dożylnie w równych odstępach czasu. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie... rebelianci (Zmysłowcy), próbujący zakłócić harmonijny porządek nowego świata (cała sytuacja wydać nam się może nieco śmieszna).
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Freeze |

"I zombiak może potrzebować miłości" - takie mogło by być główne motto tego filmu. Tym bardziej, że gdy ja dostanie, to odwdzięczy się tym samym. I to nawet bardziej niż żywi ludzie.
Zamiast Zimnej Wojny świat dostał wojnę z hordami zombie. Tajemnicze promieniowanie z kosmosu (a może jednak stali za tym czerwoni?) sprawiło, że umarli zaczęli ożywać, zmieniając się w spragnione ludzkiego mięsa bezrozumne bestie. Walka była straszna, ojciec zabijał syna, syn zabijał ojca - tym bardziej, gdy jeden albo drugi najnormalniej w świecie umarł. A potem powstał do żywych...
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Film Stanleya Kubricka "Full Metal Jacket" z 1987 roku, znany w Polsce także pod tytułem "Pełny magazynek", spotkał się w Stanach Zjednoczonych z mieszanym przyjęciem, zarówno wśród krytyków jak i publiczności. Recenzenci zauroczeni porażającymi początkowymi sekwencjami szkolenia żołnierzy nisko oceniali późniejsze, rozgrywające się na froncie sceny filmu. Analizując tę kwestię z perspektywy czasu można zaryzykować stwierdzenie, iż przyzwyczajeni do pełnych rozmachu i przeładowanych patosem obrazów amerykańskich marines z "Łowcy jeleni", "Plutonu" czy "Czasu apokalipsy" krytycy, mogli po prostu nie zrozumieć do końca intencji Kubricka i faktycznego przesłania jego filmu. Jeden z największych reżyserów w historii kinematografii nigdy nie ulegał modom i filmowym trendom, w sposób oryginalny i unikalny prezentując własną wizję tematu, którego się podejmował i nie inaczej było z "Full Metal Jacket" - filmem, który, jak niejeden w dorobku twórcy "Lśnienia", wyprzedził swój czas i którego prawdziwy przekaz został dostrzeżony dopiero po latach.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Od czasu do czasu twórcy filmowi raczą nas różnorakimi wizjami kolejnych mentalno-technologicznych rewolucji, jakie funduje sobie społeczeństwo - wystarczy wspomnieć takie tytuły, jak A.I Spielberga czy Surogatów Jonathana Mostowa. Te prezentowane w filmach rewolty prowadzą jednak praktycznie do jednej konkluzji - metaforycznej lub dosłownej samoeksterminacji ludzkości. W Gamerze Marka Neveldine'a i Briana Taylora, twórców popularnej Adrenaliny, mamy do czynienia z - będącym jak najbardziej na czasie - zniewoleniem za pomocą szeroko rozumianej rozrywki elektronicznej.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Wyobraźmy sobie świat, w którym ludzkie DNA nie stanowi już dla nauki żadnej tajemnicy. Można je bez żadnych przeszkód modyfikować, usprawniać, doskonalić. Co za tym idzie? Rodzice pragnący mieć dziecko mogą - dosłownie - zamówić sobie idealnego potomka: wybrać kolor włosów, oczu, pozbawić je wszelkich wad genetycznych, przyszłych chorób, słowem - stworzyć idealnego syna lub córkę. Mało tego, gdy takie dziecko już się urodzi, może bez przeszkód zająć się robieniem kariery, której zwieńczeniem może być podróż wokół Słońca czy lot na Saturna. Taką wizję przyszłości zafundowali nam twórcy filmu "Gattaca - Szok przyszłości".
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Film dozwolony od lat 18. Jest to pierwszy film Lyncha. Należy do "midnight movies" - filmów puszczanych tylko w nocy w małych, tanich kinach.
Miejscem akcji jest Ziemia po wojnie nuklearnej. Wśród ruin żyją szczątki ludzkości starające się bez skutku odbudować cywilizację. Ludzie żyją wśród anomalii takich jak np. upieczone kurczaki ruszające nogami przy obiedzie. Deformacje występują tu wszędzie, dotykają ludzi i zwierząt po równo. Niedobitki ludzi żyją w samotności lub w niewielkich grupkach, wegetując z dnia na dzień. Młody chłopak, Henry Spencer, zakochuje się w sąsiadce, Mary. Jej rodzice są przeciwni temu związkowi, uważają, że młodzi nie powinni mieć dzieci. Dlaczego, dowiadujemy się już wkrótce: Mary rodzi potworka, dziecko przypominające skrzyżowanie człowieka z żółwiem i kurczakiem. Na początku opiekuje się nim, ale wreszcie, zmęczona nieustannym płaczem małego, wraca do rodziców. Nieszczęsny ojciec zostaje sam ze swoim obrzydliwym potomkiem, którym musi się zająć. Jednocześnie próbuje odkryć, kim jest zdeformowana kobieta z jego snów, śpiewająca słodkim głosem piosenkę o raju...
"Głowa do wycierania (...) rozgrywa się na granicy dwóch światów. Warstwa realistyczna podszyta jest (...) swoistą wariacją na temat wygnania z raju pierwszych ludzi, skazanych na biologiczną wegetację na ziemi. (...) Obecność wśród bohaterów niekształtnych istot, mutantów i chorych psychicznie można uzasadnić - niczym w popularnych komiksach o diabelskim spisku złego władcy - kaprysem bogów.
Niektórzy interpretatorzy tego filmu sądzą, że obserwujemy na ekranie groteskowy portret człowieka w ostatnim stadium delirium, któremu śni się, że jest torturowany przez obcych. Wolę inne wyjaśnienie. Jesteśmy marionetkami w rękach potworów - mówi Lynch. Na tym polega przewrotne, aczkolwiek banalne przesłanie jego filmu" - pisze recenzent "Kina".
| ⇒ Menu | Zrecenzowała © Twickle |

Nazywam się Robert Neville. Ocalałem i żyję w Nowym Jorku. Nadaję na wszystkich częstotliwościach AM. Będę na South Street Seaport codziennie w południe. Kiedy Słońce jest najwyżej na niebie. Jeśli tam jesteście... Jeśli ktokolwiek tam jest, mogę zapewnić pożywienie, mogę zapewnić schronienie, mogę zapewnić bezpieczeństwo. Jeśli ktokolwiek tam jest, ktokolwiek, proszę, nie jesteście sami.
© 2008 Zrecenzował Uqahs
O tematyce postapokaliptycznej jak o pogodzie - każdy ma jakieś pojęcie. Zwłaszcza gdy chodzi kinematografię - w której wysyp filmów o takiej tematyce obserwujemy od najgorętszego okresu zimnej wojny. Kto mógł (chciał) przekazywał tematykę nuklearnej zagłady w sposób bezpośredni - pozostali twórcy posiłkowali się inwazją istot pozaziemskich, wirusami lub najzwyklejszymi zombiakami.
W latach 90'ch w kinie zaczyna się renesans kina katastroficznego z elementami postapokalipsy. Na scenę ponownie wkracza ufolstwo (popularność serialu "Z archiwum X"), spadające meteory oraz wirusy. A ostanie lata - już w nowym wieku - pełne są kinowych premier filmowych z "zombiakami" w roli głównej.
| ⇒ Menu | © 2008 Zrecenzował Squonk |

Gdy bodajże na początku 2000 roku poznałem nazwiska z obsady "Władcy Pierścieni", byłem - oględnie to ujmując - rozczarowany. Nie Mel Gibson, nie Sean Connery, nikt o mocnym nazwisku w aktorskim świecie. A reżyser? Eeee?? To jakiś daleki krewny tego Michaela??? Okazało się jednak, że filmowy tryptyk umiejętnie nawiązał dialog ze spuścizną swojego literackiego pierwowzoru, a kierujący tym interesem potrafił umiejętnie pogodzić maksymalną zgodność z oryginałem z wymogami współczesnego kina. No i przy okazji świat dowiedział się, że Peter Jackson to nie tylko facet od kręcenia "specyficznych" filmów kina grozy, ale reżyser, który ogarnie wielki projekt za miliony dolarów z dawką filmowego wizjonerstwa, które zatracił już np. Steven Spielberg.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Squonk |

Czasami zdumiewa mnie, jak bardzo niskie zdanie o inteligencji widzów mają twórcy filmowi. I nie chodzi mi nawet o kino fantastyczno-naukowe, które wykoncypowane jest niejako apriorycznie i najczęściej obdarzone dozą mniejszej lub większej nierealności. Nie mam bowiem nic przeciw, jeśli film jest bardziej fiction niż science, nawet całkiem nieprawdopodobny, ale niosący ze sobą jakąś treść, dający możliwość interpretacji i refleksji nad prezentowanym zagadnieniem. Nie wymagam Bóg wie czego, gdyż ambitnych filmów sci-fi kino dało nam wcale niemało - wystarczy wspomnieć klasyczną Odyseję kosmiczną Kubricka czy współczesne Moon lub Dystrykt 9. Po tym wstępie można się domyśleć, iż będący przedmiotem mojej oceny film Jona Amiela Jądro Ziemi z 2003 roku tych wymagań nie spełnia. Powiem więcej - pomysły scenarzystów są chwilami tak absurdalne, że w trakcie oglądania filmu łapałem się na tym, że wyczekuję jaki to kit są jeszcze w stanie mi wcisnąć. I paradoksalnie może właśnie z tego powodu oglądało mi się Jądro Ziemi całkiem przyjemnie.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Od pewnego już czasu "chodził za mną" film o niezbyt wymyślnym tytule Jestem numerem cztery (I Am Number Four). Buszując po sieci dość często trafiałam na opinie o nim (całkiem przychylne), widziałam całkiem sympatyczny trailer (dla zainteresowanych www.youtube.com/watch?v=-Bfj9yiM9g0), a także stosunkowo niezłą ocenę na Filmwebie (obecnie 6,5 przy ponad 15 tys. głosów) i postanowiłam go w końcu obejrzeć (dostępny na DVD i Blu-Ray od 17 czerwca). Niestety zainteresowanie szybko przeszło w rozczarowanie kolejnym tworem masowej kultury nastawionej na zyski płynące z hojnych kieszeni niewybrednej młodzieży.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzowała Lithium |

Zanim zacznę omawiać film "Johnny poszedł na wojnę", skrobnę parę słów o jego twórcy - Daltonie Trumbo. Przeciętnemu zjadaczowi filmowego chleba, jego nazwisko nic nie powie, lub tez tylko mogło się obić o uszy. Smakoszom i to zarówno kina, ale też zimnowojennych klimatów, czy wreszcie muzyki, nazwisko tego filmowca da wiele informacji.
Dalton Trumbo był scenarzystą filmowym, a karierę rozpoczął w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Cieniem na jej rozwoju położyły się wydarzenia związane z antykomunistyczną histerią w Stanach Zjednoczonych, która wybuchła pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku. Samo podejrzenie, że ma się sympatie prokomunistyczne wystarczyły by być już uznanym za komunistę i agenta stalinowskiego ZSRR.
| ⇒ Menu | © 2008 Zrecenzował Squonk |
Okręt atomowy K-19 był pierwszą tego typu jednostką na wyposażeniu radzieckiej armii. Wyprodukowany na przełomie lat '50 i '60 XX wieku, miał być odpowiedzią ZSRR na amerykańskie łodzie podwodne o napędzie nuklearnym i kolejnym punktem na korzyść Rosjan w wyścigu zbrojeń w trakcie Zimnej Wojny. Od samego początku obrósł jednak złą legendą - marynarze twierdzili, że nad okrętem ciąży klątwa. Z czasem zdawały się ją potwierdzać - zapoczątkowane złowróżbnym chrztem statku - kolejne awarie, które zabrały dziesiątki ludzkich istnień. Film K-19 opowiada o dziewiczym rejsie okrętu - jak się można domyślić, tragicznym w skutkach - który przez lata był jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic ZSRR.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

W niedalekiej przyszłości będące na porządku dziennym manipulacje ludzkimi komórkami macierzystymi doprowadzą do tworzenia wyrachowanych patologii. Okaże się, iż materiał genetyczny zacznie zużywać się w tak szybkim tempie, że ludzie zaczną narażać się na kazirodztwo nowego rodzaju - nieświadome i na dobrą sprawę zupełnie od nich niezależne. Powstanie nowe prawo, z paragrafem numer 46, regulującym sposób prokreacji i łączenia ludzi w pary - jeśli przyszli rodzice mają 25% lub więcej wspólnych genów, nie mogą starać się o dziecko. Ot, skromne wymogi świata przyszłości. Ci, którym będzie to dane, otrzymają tzw. "polisę" i zamieszkają w ostojach dla owych "lepszych ludzi" - miastach-enklawach, zamkniętych dla "nieuprawnionych" i otoczonych bezmiarami pustyni. Jak to jednak w idealnych społeczeństwach bywa - ktoś się zbuntuje, ktoś wykręci numer władzom, ktoś zechce nielegalnie dostać się do wewnątrz miasta, a jeszcze inny z niego uciec. Ot, typowe wypadkowe świata przyszłości...
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |
Gdy w jednym filmie spotykają się Indiana Jones i James Bond, jednego można być pewnym - nie będzie nudno. Oczywiście mam na myśli aktorów wcielających się we wspomniane ikony kina, a nie same postaci, gdyż obraz o abstrakcyjnym tytule "Kowboje i obcy" to film o zgoła odmiennej tematyce niż obie legendarne serie. Będący przedziwnym konglomeratem gatunków, film Jona Favreau to bardzo przyjemne, blockbusterowe, typowo "letnie" kino (w końcu premiera miała miejsce w sierpniu), w sam raz na poprawę zepsutego (o ile ktoś takowy akurat ma) humoru.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

"Found footage" (czyli tzw. "materiał znaleziony") to we współczesnym kinie nurt mocno osadzony i coraz bardziej popularny. Charakteryzuje się on tym, że film jest paradokumentalnym zapisem wydarzeń, które mają sprawiać wrażenie prawdziwych, a tym samym wzbudzać w widzu - najczęściej - jeszcze większy strach. Dominuje w nim zwłaszcza tzw. kręcenie "z ręki", a także wplecione zapisy z kamer CCTV, ukrytych kamer, itp. Do najbardziej wpływowych i uznanych dzieł zrobionych w tej konwencji należą Blair Witch Project, [Rec], a także świetny Projekt: Monster oraz popularne dwie części Paranormal Activity. Również George A. Romero postanowił iść z duchem czasu i film Kroniki żywych trupów nakręcił właśnie w technice "found footage".
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

W ostatnim czasie nastąpił swoisty wysyp filmów o naszej ulubionej tematyce postapokaliptycznej. "Miasto ślepców", "2012", "Droga" (na której premierę niestety przyjdzie nam jeszcze poczekać), "Terminator: Ocalenie" - wszystkie te obrazy wpadają w "klimaty" postapo i sprzedają się w całkiem pokaźnych cyferkach poprzedzających słowa "milion dolarów". Nastała moda, pewien trend na filmy dziejące się i/lub przedstawiające jakąś formę zagłady ludzkości. "Księga ocalenia", najnowsze dzieło braci Hughes, jest kolejnym i... tylko kolejnym filmem w tematyce fantastyki postapokaliptycznej.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |
Jeśli jesteś Europejczykiem, Polakiem a do tego katolikiem - zwłaszcza takim, który ogranicza przeżywanie wiary do ciągu rytuałów - to będziesz miał sporą trudność ze zrozumieniem tego filmu. Jeśli płakałeś po papieżu, ale nie widzisz niczego złego w tym by uprawiać przedmałżeński seks; jeśli wszędzie zacieszasz motyw trzech odwróconych dziewiątek, a szatan to dla ciebie medialne zjawisko; przy tym uważasz, że wzięcie ślubu kościelnego to ważne widowisko na rzecz rodziny - Twoje problemy z Księgą ocalenia będą jeszcze większe. Wystarczy jednak urodzić się w Stanach, a przede wszystkim być wyznania takiej religii, która nie podlega watykańskiej hierarchii i wszystko będzie jasne.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Squonk |

Ludzkość skończy się w sposób "naturalny". Nie spadnie żaden meteor, nie przejdą po nas (zarazem nas jedząc) hordy głodnych zombiaków, nie wybuchnie żadna epidemia, a wojna atomowa nie będzie bezpośrednią (a tylko pośrednią) przyczyną końca. Po prostu będzie tak normalnie i po ludzku - przestaną przychodzić na świat nowi ludzie. Zacznie się od poronień, a po paru miesiącach okaże się, że żadna nowa kobieta nie zaszła w ciążę. Najmłodszy, żyjący obywatel Ziemi będzie jej największym bohaterem, kimś na kształt dzisiejszych celebrytów. Ludzkość zacznie wymierać, a przez świat zacznie przelewać się fala anarchii oraz zamętu. Jednym krajem, gdzie panuje jako taki porządek, jest Wielka Brytania, zalewana falami nielegalnych emigrantów, szukających w morzu zamętu, skrawka wytchnienia i normalności. Ale i przez te państwo zaczyna przetaczać się walec chaosu i walki między władzą a terrorystycznymi bojówkami, które oficjalnie walczą o prawa dla przybyszy a tak naprawdę o to samo co zawsze - czyli o władzę i wpływy.
| ⇒ Menu | © 2008 Zrecenzował Squonk |

Koniec lat 70 XX wieku. Rozpoczyna się bratnia interwencja wojsk radzieckich w Afganistanie, zespół Pink Floyd ponownie wkracza na szczyty list przebojów swym albumem "The Wall", tryumfy w światowej kinematografii święci obraz "Łowca jeleni" w reżyserii Michaela Cimino, a społeczeństwo ekscytuje się najnowszym osiągnięciem światowej techniki - "Walkmanem". W tych niewątpliwie interesujących czasach, debiutujący w roli reżyserskiej, George Miller na australijskich bezdrożach kręci film o tematyce motoryzacyjnej z domieszką klimatów futurystycznych. Przed sobą nie ma łatwego zadania. Kompletna zapaść kina australijskiego, bardzo skromny budżet (400 tys. dolarów australijskich, w dzisiejszych czasach większą gażę za jedną rolę inkasują gwiazdy kina) i ostra jak na tamte czasy konkurencja związana z tym gatunkiem, nie wróżyły dziełu jakiegoś wybitnie spektakularnego sukcesu. Jednak po raz kolejny potwierdziła się stara prawda mówiąca, że ogromne pieniądze czy inne przeciwności losu nie są ważne, gdy ma się dobry pomysł i odpowiednią pasję do jego skrystalizowania. Tak też się stało i w tym przypadku. Niejaki "Mad Max" przeszedł do legendy.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Zagłoba |

Tragiczna historia australijskiego policjanta i mistrza kierownicy w jednym, niejakiego Max'a Rockatansky'ego, rozprawiającego się na bezdrożach z siejącym terror i gwałt gangiem motocyklowym, zyskała słuszny poklask i uznanie międzynarodowej widowni. Po dość, co trzeba przyznać, zaskakującym sukcesie obrazu, jakim był "Mad Max", kwestią czasu była informacja o planach nakręcenia ciągu dalszego historii o twardym i nieustępliwym gliniarzu. "Wojownik Szos", bo tak brzmi podtytuł drugiej części, miał nam przynieść całkowitą zmianę scenerii i odświeżenie konwencji w gatunku kina motoryzacyjnego. Tym razem George Miller, który ponownie zasiadł na stołku reżyserskim, nie musiał martwić się skromnym budżetem (choć nadal nie była to astronomiczna kwota) i mógł spokojnie popuścić wodze fantazji, tworząc kino zarazem oryginalne jak i wyjątkowe.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Zagłoba |

George Miller ponad trzy lata kazał nam czekać na kolejny film traktujący o historii Maxa Rockatansky'ego - byłego gliniarza, wojownika szos, zmuszonego do wręcz syzyfowej walki o przetrwanie na niegościnnych, postapokaliptycznych pustkowiach Australii. W lipcu 1985 roku seria "Mad Max" doczekała się obrazu, jak się dziś okazuje, wieńczącego trylogię, która zapisała się złotymi zgłoskami w annałach światowej kultury, a przede wszystkim sztuki filmowej. Czas jednak płynął nieubłaganie, Max nie młodnieje, a kino motoryzacyjne powoli odchodzi do lamusa. Poprzednie części bardzo wysoko postawiły poprzeczkę, więc utrzymanie tytanicznego poziomu oraz ponowne stworzenie równie nietuzinkowego dzieła, łatwym zadaniem nie było i wymagało pewnych istotnych zmian. W ich wprowadzeniu miała pomóc współpraca z amerykańskim potentatem filmowym Warner Bros. oraz zaangażowanie George'a Ogilvie'a, który miał skoncentrować się na kreacjach aktorskich (czyli jednej z największych bolączek serii). Jaki skutek odniósł ten niezwykły mariaż?
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Zagłoba |

MATRIX... Czymże jest ów tytułowy MATRIX? Sam film jest dość ciekawą wizją przyszłości, opowiada o wybrańcu (skąd my to znamy ;-)), który ma wyzwolić ludzi... pewnie zapytacie z czego ma ich wyzwolić. Ano z tytułowego MATRIXA. Wybraniec ten nosi imię Neo, hacker nocą i Thomas Andersen, pracownik znanej firmy komputerowej za dnia. W dzień jest wzorowym obywatelem podczas gdy w nocy na wszystkie możliwe sposoby próbuje odnaleźć człowieka o imieniu Morfeusz i poznać odpowiedz na pytanie: "Czym jest MATRIX?". Pewnej nocy podążając za białym królikiem ;-) spotyka Trinity. Następnego dnia w jego pracy zjawia się troje dziwnych mężczyzn w asyście policji, lecz chwile przed tym kurier dostarcza Panu Andersenowi telefon. Neo ze zdziwieniem stwierdza iż rozmawia z Morfeuszem którego od tak dawna poszukuje... niestety "agenci" pojmali Neo. Bohater budzi się w domu nieświadom czy przesłuchanie było jawą czy snem. W chwile po przebudzeniu odbiera telefon i umawia się z Morfeuszem na spotkanie. Podczas spotkania Morfeusz daje rozmówcy dwie pigułki z informacją iż jeśli zażyje czerwoną pozna prawdę. Neo robi to bez wahania, by po chwili obudzić się w realnym świecie. Po pewnym czasie "rekonwalescencji" Neo dowiaduje się iż świat w którym żył dotychczas był tylko bardzo zaawansowanym programem komputerowym stworzonym po to ażeby zamienić ludzi w baterie, a on sam jest wybrańcem który ma wyzwolić wszystkich ludzi z MATRIXA.
Akcja w "MATRIXIE" dzieje się w 1999 r. podczas gdy realnie jest gdzieś około 2199r. Film jest jak wspomniałem ciekawą wizją przyszłości. Przewiduje "zniewolenia" ludzi przez maszyny które sami stworzyli A nie zagładę ludzi poprzez wojnę z wykorzystaniem broni masowego rażenia. Poniekąd ten film podejmuje problem dążenia do stworzenia idealnej maszyny, maszyny myślącej, wyciągającej wnioski. Niestety dążenie jest tak "bezmyślne" iż nie przewiduje możliwości zwrócenia się owej maszyny przeciwko ich twórcom. Podsumowując ludzie w MATRIXIE nieświadomi są rzeczywistości, no może niewielka grupka ludzi "wolnych stara się wyzwolić resztę ludzi. Pragną aby ludzie byli tym czym byli kiedyś, a nie tylko "bateriami" dla maszyn które stworzyli. Do wyzwolenia ma doprowadzić wybraniec, Neo, lecz czy mu się to uda? Czy może maszyny znajdą sposób na zniweczenie planów ruchu oporu...?
| ⇒ Menu | © Zrecenzował Hammer |

Główny wątek filmu dotyczy wiadomości odebranej z Ozyrysa (chodzi o film "Ostatni lot Ozyrysa" z "Animatrixa"). O co dokładnie biega? Do Zionu, czyli ostatniego miasta ludzi zbliża się ćwierć miliona bezlitosnych maszyn, by je zniszczyć. Na domiar złego Smith (agent zniszczony w "Matrixie") powrócił i ma zdolność kopiowania. Jednocześnie obserwujemy w filmie apogeum możliwości głównego bohatera. Walka z agentami to dla niego bułka z masłem, ma też prorocze sny oraz zdolność odczuwania Strażników w rzeczywistym świecie.
| ⇒ Menu | © 2009 FreeZe |

W 1999 roku, po premierze filmu "Matrix" zaczęło się lekkie szaleństwo z tym związane. Wizja braci Wachowskich opowiadała programie komputerowym, imitującym doskonale nasz świat, mającym na celu kontrolę nad nieświadomymi niczego ludźmi. Wszystko to było wynikiem wynalezienia przez człowieka Sztucznej Inteligencji, co zaowocowało w końcu wojną z maszynami. Wielu zastanawiało się po obejrzeniu pierwszej części, czy i my nie jesteśmy robieni w 'bambuko', a całe nasze życie to jedna wielka mistyfikacja. Na to pytanie niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale zrecenzuję wam ostatni z filmów stanowiących trylogię braci Wachowskich czyli ,"Matrix Rewolucje" i być może skłonię do głębszych rozważań. Przed obejrzeniem go (i przeczytaniem tego tekstu) radzę zapoznać się z poprzednimi odsłonami, aby wszystko zebrać w logiczną całość i cieszyć się "pełnią smaku".
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował FreeZe |

Akcja filmu, rozegranego w konwencji rodzinnej psychodramy, będzie skupiać się na historii kilku postaci, które stają w obliczu apokalipsy. Do ziemi zbliża się tytułowa planeta, a zderzenie z nią będzie oznaczać kres ludzkości.
Von Trier powiedział [w jednym z wywiadów], że zainteresowała go romantyczna idea bycia oczyszczonym przez śmierć. Poświęci więc owej idei sporo czasu ekranowego. Jednocześnie zaznaczył, iż przenoszone na ekran romantyczne koncepcje są zwykle nudne, zaś w przypadku jego filmu będzie inaczej. Von Trier wypowiedział się ponadto o roli Kirsten Dunst. Pochwalił aktorkę za dobrą robotę, chociaż przyznał, że nie zafundował jej tak dzikiej "przejażdżki" jak Charlotte Gainsbourg w Antychryście.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Aq |
To będzie piękny koniec świata - głosił polski plakat Melancholii, ostatniego filmu Larsa von Triera. Dystrybutor nie łgał. Istotnie, jest on piękny w Melancholii we wszelkich możliwych aspektach. I mimo że po obejrzeniu można opisać dzieło duńskiego reżysera terminem apokaliptyczny, to jednak przymiotnik ten zostanie użyty jako jeden z ostatnich. Kontrowersyjnego filmowca nie interesuje masowa panika, zbiorowe chowanie się w schronach, bezsensowna ucieczka przed nieuchronną zagładą - zbliżającą się ku Ziemi kolizyjnym torem, tytułową planetą. U von Triera najważniejsza jest jednostka. A koniec świata rozpatrywany być może całkowicie odmiennie, zależnie od perspektywy konkretnej osoby. Tak mocno osobiste podejście reżysera zaowocowało doskonałym filmem, jakim niewątpliwie jest Melancholia.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Komputerowo animowany film "Metropia" wzbudził we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony mamy do czynienia ze znakomicie zrealizowaną animacją, traktującą o świecie po katastrofie ekonomicznej, z niezłym ogólnym pomysłem na całość. Drugą stroną medalu jest dość sztampowe przedstawienie postapokaliptycznej Europy, film jest przez połowę czasu trwania przeraźliwie nudny, a przesłanie wydaje się mocno pretensjonalne. Tak czy siak chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami, jakie naszły mnie po obejrzeniu "Metropii".
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Mgła to ekranizacja powieści Sthepena Kinga o tym samym w tytule. Małe miasteczko w stanie Main nawiedza niezwykle silna nawałnica, która uszkadza wiele domów. Nazajutrz po niej większość mieszkańców udaje się do pobliskiego supermarketu, by zakupić potrzebne do naprawienia szkód rzeczy. Niespodziewanie nadchodzi bardzo gęsta mgła, w której czają się nieznane stworzenia. Ludzie w sklepie szybko zdając sobie sprawę, że wyjście na zewnątrz oznacza śmierć - zostają uwięzieni.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Stworzyć dobry scenariusz na podstawie utworu literackiego wcale nie jest łatwo. Twórca skryptu od samego początku jego pisania musi zadać sobie podstawowe pytanie - jak pociąć oryginalny tekst, by wydobyć z niego to, co najbardziej istotne, jednocześnie mając na uwadze przyszłą spójność i logiczność filmu. Które wątki pozostawić nienaruszone, a jakie skrócić lub pominąć? Jakie kwestie przeobrazić w dialogi, żeby nie okazały się sztampowe albo błahe? Z pewnością nie jest to łatwa praca, ale dotąd wielu scenarzystom ta sztuka udała się wyśmienicie - wystarczy wspomnieć "Forresta Gumpa", "Milczenie owiec", trylogię "Władcy pierścieni", czy mój ulubiony ostatnio film - "W chmurach".
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Nie czytałem książki Jose Saramago pod tym samym tytułem, więc nie mogę stwierdzić czy film spełnia warunki zgodności. Lub po prostu "co autor miał na myśli" i czy zostało to w filmie pokazane. Stąd mogę sobie roboczo założyć, ze Saramago chciał w swojej książce zamodelować zachowanie grupy ludzi, by pokazać ich odwieczne wady i przywary. A do takich przedsięwzięć w sam raz nadaje postapokalipsa - zamykamy grupę ludzi w ograniczonej powierzchni, robimy im źle i obserwujemy jak w takich warunkach dają sobie radę. Greps oklepany do bólu. Jednak gdy sceną jest cały świat, a "aktorami" cała ludzkość, to zaczyna być ciekawie. No jak (z reguły) w całym postapo. Zostawmy jednak książkę portugalskiego noblisty w spokoju i zajmijmy się filmem.
Adaptacja "Miasta ślepców" - gdy spojrzymy na nią z dystansu - może wydawać się idealnym filmem w "klimatach". Zawiera bowiem dokładnie wydzielone elementy preapokalipsy, apokalipsy oraz postapokalipsy.
| © 2009 Zrecenzował Squonk |
Film z 2008 roku, w reżyserii Fernando Meirellesa, na podstawie powieści laureata nagrody Nobla José Saramago. Historia okazuje się rozbudowaną przypowieścią z uogólnionymi postaciami, nienazwanym miastem. Wspomniane miasto nawiedza epidemia ślepoty. Pierwsza ofiara (Yusuke Iseya) ślepnie w samochodzie, blokując ruch uliczny. Widzimy, jak ludzie potrafią żerować na cudzym nieszczęściu i Japończyk traci samochód, na szczęście ktoś pomaga mu dotrzeć do domu. Jego żona, grana przez śliczną Yoshino Kimurę jedzie z nim do lekarza. Tak zaczyna się przypowieść o nieczułości, wykorzystywaniu słabszych, ale też o nadziei.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Wrathu |

Nazajutrz to film wyprodukowany dla telewizji amerykańskiej, nie był dedykowany do dystrybucji kinowej. Nie przeszkodziło to jednak, by w dniu swojej premiery - 20-ego listopada 1983 - zgromadził przed odbiornikami telewizyjnymi niemal stumilionową publiczność. Tematyka filmu, czyli ogólnoświatowy konflikt atomowy, była wówczas mocno "na czasie", toteż emisja Nazajutrz wywołała mnóstwo kontrowersji i wszczęła dyskusje w mediach, a nawet na szczeblu politycznym. W dniu premiery stacje telewizyjne otworzyły linie telefoniczne, na których widzowie mogli dzielić się swoimi wrażeniami z filmu; niedługo po emisji Nazajutrz w różnych amerykańskich miastach powstały ruchy i grupy, które zaczęły głosić hasła pacyfistyczne; krytycy zarzucali filmowi tworzenie sensacji z posiadania broni nuklearnej i niepotrzebne straszenie społeczeństwa. Jak widać Nazajutrz odbił się szerokim echem, przez co należy go rozpatrywać jako film w pewnym sensie klasyczny. A na pewno jest to dzieło godne polecenia i ku przestrodze - także w dzisiejszych czasach.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

O Kazuo Ishiguro mówi się, że to pisarz ze wzajemnością zakochany w kinie. Jego powieść "Okruchy dnia" świetnie przełożył na język filmu James Ivory, sam Ishiguro zaś napisał scenariusze do dwóch innych, dobrze przyjętych obrazów. Jego książki tętnią emocjami zbudowanymi na głębokich, często skomplikowanych współzależnościach między bohaterami. Nigdy nie zastanawiam się nad wyizolowanymi postaciami - mówi Ishiguro. Pracuję raczej nad tym, co mi przychodzi z trudem, czyli nad wykreowaniem ciekawych, głębokich relacji między bohaterami. To z nich muszą brać źródło kolejne tematy i wątki. Nie opuszczaj mnie, najnowsza propozycja filmowa Marka Romanka, będąca jednocześnie ekranizacją prozy Ishiguro, jest piękną, choć przeraźliwie smutną opowieścią o trojgu przyjaciół, którym przyszło zmierzyć się z życiem zbyt szybko i jest to jak dla mnie, obok Do szpiku kości Debry Granik, najbardziej frapująca z tegorocznych premier.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Odtwarzając "Noc żywych trupów" George'a Romero, nie miałem wątpliwości, że będzie na co popatrzeć. Jest to pierwszy film Romero, który zapoczątkował nowy nurt w produkcji horrorów. Klasyka filmów o krwiożerczych zombie jest przykładem na to, że prawdziwy film grozy ma przerażać, a nie obrzydzać. Jest też całkiem miłą odmianą od tych wszystkich "Pił", "Hosteli" i temu podobnych współczesnych słabizn, w których liczy się ilość rozlanej krwi i porozrzucanych dookoła kawałków ludzkich flaków.
Rok 1968, młode rodzeństwo odwiedza rodzinne strony. Postanawiają iść na grób rodziców, podczas gdy (jak się później dowiadujemy) wybucha rakieta, którą amerykański rząd wystrzelił z misją na Wenus. Radiacja powstała w wyniku tego zdarzenia opada na teren Stanów Zjednoczonych i przyczynia się do powstania z grobów krwiożerczych zombie. Mężczyzna ginie, broniąc siostrę przed spotkanym na cmentarzu umarlakiem. Przerażona dziewczyna ucieka, znajdując schronienie w pobliskim domu, do którego zaczynają wkrótce napływać inni ludzie. Nie mija wiele czasu, gdy 'sąsiedzi' zaczynają oblegać dom, w poszukiwaniu ludzkiego mięsa.
Muszę przyznać, że mimo małych nakładów film jest świetny i naprawdę godny polecenia. Sama gra aktorska nie jest zachwycająca, a zombie mało przekonujący (pewnie ze względu na słabą charakteryzację). Ale co z tego? Niektóre sceny są o wiele bardziej przerażające i makabryczne od wielu współczesnych produkcji tego typu. Wielu starało się później prześcignąć mistrza, ale jak na razie nikomu się to nie udało.
Film doczekał się dwóch remake'ów (kiepskich, niegodnych polecenia) i trzech kolejnych części - "Świt żywych trupów", "Dzień żywych trupów" i "Ziemia żywych trupów. Romero zapoczątkowawszy nowy nurt, jeśli chodzi o wątek zombie w horrorach, wciąż go kontynuuje. Powstała cała seria filmów o zombie tego reżysera, między innymi - "Kroniki żywych trupów" i "Survival of the Dead". Pozostaje nam tylko czekać, co przyniosą kolejne lata. ![]()
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Vegeir |
Noc żywych trupów to tytuł ze wszech miar wyjątkowy. Pierwszy film George'a Andrew Romero przełamał wszelkie tabu swoich czasów. Reżyser stworzył dzieło innowacyjne i przełomowe. Wyznaczył nowy trend w dziedzinie kręcenia filmów grozy, których jedynym zadaniem - do czasów Nocy... - było straszenie. Od pierwszej części - jednej z najbardziej znanych filmowych serii - można było odnaleźć także elementy dosadnej krytyki ludzi, zachowań społecznych, rządu, polityki. Romero odważnie postanowił obsadzić w głównej roli czarnoskórego aktora, co pod koniec lat 60'ch' było swoistym fenomenem. Na nowo zdefiniował także pojęcie "zombie" tak, że w nadanym przez reżysera znaczeniu funkcjonuje ono do dzisiaj. Jak widać jest to tytuł nieprzeciętny.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Wojna jądrowa, która ogarnęła Ziemię, nie wyłoniła zwycięzcy. Pod ukrytą w górach betonową kopułą przebywa kilkaset uratowanych osób. Wegetują w koszmarnych warunkach oczekując na cudowne ocalenie przez kosmiczną Arkę, która w rzeczywistości jest tylko wymysłem grupki sprawującej władzę. ![]()

Choć Stany Zjednoczone istnieją lekko ponad dwieście lat, to w ich kulturze aż roi się od masy historycznych odniesień i nawiązań. Baa! Także zapożyczeń z innych kultur, które poprzez swoich "emigracyjnych przedstawicieli" przybywały na amerykańską ziemię. Wyobrażacie sobie takie coś w Polsce, a dokładniej w polskim kinie? Jakie schematy, anegdoty czy inne michałki mogły by się pojawić w polskim filmie apo/postapokaliptycznym, które nie były by oblane martyrologiczno-patriotycznym sosem z dodatkiem góralszczyzny, etosu solidarności, walki z komuną, rzucaniem na lewo i prawo kurw, oraz występami modnych obecnie niuń, które przestają pojawiać się na ekranie, gdy pokażą goły tyłek na rozkładówce pisemek dla facetów.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Squonk |

"Otchłań" to najbardziej ambitny i niosący największy antywojenny przekaz film Jamesa Camerona. Film, który w roku premiery - 1989 - mógł być protestem przeciwko Zimnej Wojnie (podobnie jak i "Terminatory" tego reżysera). Nie został jednak doceniony na tyle, na ile zasługiwał i w sumie był niezrozumiany. Przyczyniło się do tego drastyczne okrojenie filmu przez producentów, robiące z niego poniekąd sensacyjną papkę a nie dzieło zmuszające widza do zastanowienia się nad tym, że Ziemia nie jest jego prywatną własnością, którą można zatruć bądź spalić w atomowym ogniu wojennej pożogi.
James Cameron z prac nad tym filmem wyniósł bolesną ale w sumie pożyteczną naukę. Jego późniejsze dwa filmy, które możemy śmiało zaliczyć do postapokaliptycznych bądź ocierających się o takie klimaty, czyli "Terminator 2" i "Prawdziwe kłamstwa", to filmy ze scenariuszem mającym silny przekaz, ale też z dużym naciskiem położonym na rozrywkę i produkcyjny rozmach. Jednak ta imponująca oprawa często przysłania sens tego co Cameron zawsze starał się przekazać w swoich najsłynniejszych filmach - że wojna atomowa będzie złem i ostateczną zagładą ludzkości. I to nie ważne kto i jak ją wywoła.
Prawdziwy sens filmu "Otchłań" dostarcza nam dopiero jego reżyserska wersja. Rozgrywka między Stanami Zjednoczonym a Związkiem Radzieckim, w którą zostaje wplątana załoga podwodnej stacji badawczej, zostaje skonfrontowana z narastającym na "powierzchni" światowym kryzysem politycznym. Gdy wojna (nawet i atomowa) wisi na włosku, do rozgrywki włącza się siła, która zamieszkuje Ziemię od wielu set tysięcy lat. Ludzka cywilizacja ma zostać "spłukana" z powierzchni poprzez potężne fale - wywołane przez te istoty. Jednak mimo, że ludzie mają wkodowaną w geny chęć autodestrukcji, to obok niej jest również poświęcenie. I to ono okaże się tym co - nazwijmy to może trochę patetycznie - uratuje świat. ![]()
| ⇒ Menu | © 2008 Zrecenzował Squonk |

W ostatniej dekadzie rosyjskie kino przeżyło prawdziwy rozkwit. Takie filmy jak: "Dom wariatów", "Nocna straż" i kolejne części, "9 kompania", "Kryptonim Gwiazda" czy "Rok 1612" odbiły się szerokim echem na świecie. Coraz liczniejsi sponsorzy zagraniczni finansują filmy, by te z rozmachem podbijały Europę i USA. Trzeba przyznać, że udaje im się to znakomicie, a rosyjskie obrazy zarabiają krocie i zgarniają prestiżowe nagrody.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Stany Zjednoczone to przedziwny kraj. Z jednej strony to niemal centrum całego świata - gospodarcze, militarne, technologiczne, filmowe. Z drugiej strony, to państwo uważające się za "zbawcę narodów", angażujące się w każdy większy konflikt zbrojny na świecie (w samym tylko XX wieku było ich 20, a więc średnio co 5 lat), potrafiące wydać rocznie najwięcej pieniędzy (w 2007 roku było to prawie 600 mld dolarów) na siły wojskowe, jednocześnie podkreślając, że jest krajem pacyfistycznym. Dlaczego? Być może dlatego, że Amerykanie nigdy tak naprawdę nie cierpieli - nie odczuli w takim stopniu jak Europejczycy czy Afrykanie skutków obu wojen światowych i mimo że zmagali się z wojnami domowymi, czy walką o niepodległość, nie byli do tego zmuszeni choćby tyle razy co Polacy.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Gdyby Roland Emmerich (reżyser "Pojutrze") nakręcił "Krzyżaków", dostalibyśmy film w którym po stronie polsko - litewskiej w bitwie brały udział wielkie orły, zaś za Krzyżakami stały by ziejące ogniem smoki. Król Władysław Jagiełło co rusz rzucał by myśli o demokracji i potrzebie współpracy między uciemiężonymi narodami. Zaś wielki mistrz krzyżacki posiłki zapijałby w pucharu zrobionego z czaszki małego dziecka. Jednym słowem uproszczona, biało - czarna historia, w sam raz na przyciągniecie i zainteresowanie odbiorcy jakim jest przeciętny nastolatek żyjący w świecie jutuba, hip-hopu czy innych rijano-dodo-bijonsów.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Rok 1984 był niewątpliwie okresem przełomowym dla pewnego pisarza z Baltimore i dla całego gatunku techno-thriller. To właśnie wtedy w amerykańskich księgarniach zadebiutowała książka "Polowanie na Czerwony Październik", która w okamgnieniu stała się bestsellerem i na dobre wypromowała powyższy gatunek, będących genialnym połączeniem thrillera szpiegowskiego, powieści wojennej i science fiction. Tom Clancy zaskarbił sobie serca milionów czytelników oraz zyskał międzynarodową sławę dzięki precyzyjnemu odwzorowaniu militariów (autor gęsto sypie z rękawa fachową terminologią, ale i jest ona zrozumiała dla laików), gdzie technologia wojskowa gra pierwsze skrzypce, a inteligentny wątek fabularny nie pozwala oderwać się od książki, aż do ostatniej stronicy.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Zagłoba |

Film "Powrót do domu" z 1978 roku w reżyserii Hala Ashby'ego miał to nieszczęście, że został wprowadzony do kin na krótko przed dwoma monumentalnymi dziełami o wojnie w Wietnamie, "Łowcą jeleni" Michaela Cimino i "Czasem Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli. Wielkie obrazy zepchnęły w cień film twórcy "Wystarczy być", przez co - nieco zapomniany - zajmuje poboczne miejsce w światowej kinematografii. A niesłusznie, gdyż uhonorowane trzema Oscarami dzieło Ashby'ego to przejmujący dramat o ludziach, o których trudno się pamięta, o poszukiwaniu przez nich swego miejsca w społeczeństwie i życiu z piętnem traumatycznej przeszłości. Do tego film z potężnym, antywojennym przekazem.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Projekt: Monster to niezwykle ciekawa produkcja z 2008 roku, która przeszła nam koło nosa - a szkoda, bo jest naprawdę dobrym i oryginalnym filmem. Kilka lat temu, w wyniku kontrowersyjnego BlairWitch Project, do głównego nurtu kina na dobre wkroczył styl nagrywania filmu z perspektywy operatora - podręcznej kamery. Ma on swoje ograniczenia, ale też bardzo interesujące zalety, takie jak tworzenie złudzenia realizmu praktycznie od pierwszych scen danej produkcji. Tak czy siak, od czasów mrocznej prawdy o wiedźmie Blair, nie powstała właściwie żadna warta uwagi produkcja zrobiona w ten sposób, aż do opisywanego w tej recenzji tytułu.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Wojna w Wietnamie to temat, z którym kino amerykańskie walczyło bardzo długo. Choć temat jest niezwykle delikatny i trudny, poskutkował największymi obrazami filmowymi w historii nie tylko amerykańskiej kinematografii. Tytuły nawiązujące bezpośrednio do działań na krwawym froncie - "Czas apokalipsy" Francisa Forda Coppoli czy "Pluton" Olivera Stone'a - są po dziś dzień jednymi z najlepszych obrazów wojennych; "Urodzony 4 lipca", również Stone'a, albo "Łowca jeleni" Michaela Cimino brawurowo ukazywały zgubny wpływ wojny na psychikę ludzi biorących w niej udział; nawet komediowe "Hair" Formana czy "Good Morning, Vietnam" Barry'ego Levinsona - pół żartem, pół serio - dotykały, roztrząsanego chyba do dnia dzisiejszego, sensu udziału państwa amerykańskiego w działaniach militarnych w niewielkim państwie w południowo-wschodniej Azji.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |
![[Rec] [Rec]](obrazki/postkultura/filmy/rec.jpg)
"[Rec]" w momencie premiery okazał się ogromnym hitem. Doceniony przez krytykę i uwielbiony przez spragnioną strachu publiczność, a nakręcony niewielkim kosztem hiszpański horror zyskał na całym świecie dużą popularność. Osobiście mogę żałować jedynie tego, że tak późno przyszło mi zapoznać się z tym filmem, gdyż to kawał solidnego filmu grozy, dodatkowo wpadającego w "klimaty".
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Resident Evil: Extinction (Resident Evil: Zagłada) to trzecia cześć cyklu dość luźno opartego na serii gier pod tym samym tytułem.
W pierwszej części w wyniku sabotażu jednego z pracowników korporacji Umbrela w ukrytym pod miastem Raccoon City laboratorium o kryptonimie Ul dochodzi do uwolnienia się wirusa T. Wirus ten zamienia ludzi i zwierzęta w mordercze zombie oraz może wywoływać silne mutacje. Główni bohaterowie mają za zadnie zinfiltrować Ul, zbadać co się stało i wyłączyć główny komputer. Oczywiście po drodze muszą pokonać hordy nieumarłych, byłych pracowników laboratorium.
| ⇒ Menu | © 2008 Zrecenzował Michu |

Lata po upadku cywilizacji ludzie wegetują na granicy barbarzyństwa. Jedyną rozrywką w okrutnym i ciężkim życiu pozostała brutalna gra (zwana po prostu The Game) będąca połączeniem amerykańskiego footballu i walk gladiatorów. Sallow (Rutger Hauer) kiedyś był jednym z najlepszych - grał w Lidze Red City, będącej marzeniem każdego Juggera (tak właśnie nazywają się zawodnicy), a teraz jest kapitanem małej wioskowej drużyny, która po zdobyciu nowej zawodniczki (Joan Chen) powoli zaczyna odnosić sukcesy. Jak się łatwo domyślić, akcja filmu kończy się powrotem Sallowa i jego drużyny do Red City.
Film ten naprawdę zasługuję na uwagę i zdecydowanie wybija się ponad poziom klasycznych post-apokaliptycznych filmów SF klasy B, zarówno pod kątem obsady, jak i scenografii czy fabuły. Warto wspomnieć, że reżyser David Peoples jest współautorem scenariuszy do takich filmów jak: Blade Runner czy 12 Małp. W filmie wyraźnie widać inspiracje Mad Maxem 2, co jednak wychodzi mu na dobre. Z ręką na sercu polecam każdemu fanowi post-apokaliptycznego SF, jak dla mnie film ten ma drugie miejsce zaraz po Mad Maxach. ![]()
| ⇒ Menu | © Zrecenzował Dudek |

Poddani hibernacji Maks i Albert budzą się po 50-ciu latach - po katakliźmie wojny nuklearnej - w podziemnej stechnicyzowanej społeczności, złożonej z samych kobiet. Są dla nich obiektami archeologicznymi, ale stanowią zagrożenie erotyczne w świecie, gdzie dzięki dzieworództwu mężczyźni stali się niepotrzebni. Mając do wyboru zmienić płeć lub zginąć, Albert i Maks postanawiają uciekać. Błyskotliwa i finezyjna komedia, mająca ogromne powodzenie w kinach. "Srebrne Lwy Gdańskie" FPFF Gdańsk 1984. ![]()

Nastał rok 2139. Wojny atomowe i klęski ekologiczne zmieniły Matkę Ziemię w zdewastowaną i toksyczną planetę. Miasta są przeludnione. Narkotyki i broń można kupić w sklepie na każdej ulicy. Rośnie fala przestępczności. Na gruzach Nowego Jorku powstała wielka metropolia zwana Mega City One. Mieszkańcy bronią się przed chaosem bezprawia ustanawiając radykalny system wymierzania sprawiedliwości. Policja, sądy i prokuratura zjednoczyły swe działania. Kryminalistów i zbrodniarzy ścigają Sędziowie. Kiedy kogoś dopadną wolno im na miejscu go osądzić, wydać wyrok i wymierzyć karę. Jednym z najlepszych strażników jest Sędzia Dredd (Stallone) - bezwzględna perfekcyjna maszyna do likwidacji wyrzutków społeczeństwa. Działalność sędziów nie wszystkim się podoba, dlatego też Dredd zostaje wrobiony w morderstwo i...![]()
| ⇒ Menu | Opis pochodzi z serwisu FILMWEB.pl Podesłał go Mrok |

Do filmów poruszających tematykę Obcych zawsze trzeba podchodzić z pewną rezerwą. Jest ona konieczna, jako że przez circa 60 lat najczęściej mało udanych prób przeniesienia na wielki ekran pierwszego spotkania gatunku ludzkiego z przedstawicielami obcej cywilizacji, zagadnienie to zdążyło zostać mocno wyjałowione. Na tyle mocno, że wyjątkowo ciężko jest odszukać w nim jakieś dotąd nieeksploatowane wątki, znaleźć pole do popisu a jeszcze trudniej pokazać je w ciekawy sposób, by w przyszłości zbierać plon pod postacią "zielonych" i powszechnego uznania ze strony widzów na całym świecie. Ilość różnych, możliwych scenariuszy skrzyżowania losów ludzi oraz obcych po prostu nie może imponować. Absolutnie genialnym, niesamowitym podmuchem świeżości i zarazem wyjątkiem od tej reguły okazał się być zasłużenie, choć w mojej skromnej ocenie i tak niedostatecznie osławiony Dystrykt 9, który zaintrygował, zaciekawił, zafascynował i pozostawił z wielkim, pozytywnym niedosytem. Nie ma się też co oszukiwać - filmu o obcych zwykle nie ogląda się po to, by ronić łzy, by kontemplować i rozważać o sensie egzystencji, rzeczach ważkich i nieważkich ani też by z zapartym tchem śledzić niemożliwe do przewidzenia, przy tym pieczołowicie uszyte cienką nicią zgrabnej intrygi i pełne zwrotów akcji losy nieśmiertelnych w obliczu tragedii, a najskuteczniejszych po postawieniu przed ścianą homo sapiens - nawet jeśli to ostatnie występuje w niemal każdej produkcji. W repretuarze postapokaliptycznych filmów kosmici stoją w szerokim rozkroku gdzieś pomiędzy efektowną akcją a płytką lecz przyjemną i relaksującą rozrywką, albo pozycjonują się po stronie horroru. W takim rozrachunku Skyline jest filmem akcji, niestety bez większej ilości akcji.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Ulyssaeir |

Peter Jackson - miesza nam w głowach ten niespecjalnie wyglądający na pierwszy rzut oka człowiek. Nakręcił po swojemu adaptację tolkienowskiego "Władcy Pierścieni", tak że choć w tym roku minie 10 lat od premiery pierwszego filmu z serii, to nadal jest ciekawie, frapująco i z rozmachem. I to mimo wprowadzania szeregu zmian, które widzom dobrze znającym literackie pierwowzory wywracają kichy na drugą stronę. Teraz dla odmiany pracuje nad adaptacją "Hobbita", gdzie problemem będzie raczej to co dodać, a nie usunąć. A w międzyczasie producencko zaopiekuje się młodym reżyserem, który nakręcił film może nie wprowadzający wielkiej rewolucji do kina fantastycznego, ale odświeżający je z zatęchłego, holiłudzkiego smrodu 3D, green screen, CGI, PG-13 i tego typu szajsu trawiącego współczesną kinematografię (cytat za tekstem redakcyjnego kolegi Zagłoby). Dziś więc każdy chce być jak Neill Blomkamp i chce nakręcić coś w stylu Dystryktu 9, ale nie każdy może mieć za sobą takiego Petera Jacksona, mimo nawet dobrych pomysłów i koncepcji na film.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Squonk |

"Filmy tak rzadko są wielką sztuką, że jeśli nie potrafimy docenić wspaniałych śmieci, nie mamy zbyt wielu powodów, by w ogóle się nimi interesować." Przeczytałam gdzieś, kiedyś. I jeżeli przyjrzeć się dzisiejszym premierom, szybko można zauważyć, ile prawdy jest w tym zdaniu. Wszystko już było, w komediach romantycznych zmieniają się jedynie tła, w filmach akcji jedynie bronie, a w horrorach wygląd strachów i ilość krwi.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzowała Ati |

Proza Toma Clancy'ego wraz z historiami członka CIA Jacka Ryana (który ma tego pecha, że dość często powie jedno słowo za dużo lub znajduje się nieodpowiednim miejscu, przez co wplątuje się w nie lada kłopoty), to jeden z ulubionych materiałów hollywoodzkich producentów filmowych. Nie może to dziwić, gdyż powieści pisarza rodem z Baltimore to autentyczne perły gatunku techno-thriller i doskonałe materiały na dobry film, które swą inteligentną i trzymającą w napięciu fabułą mogą przyciągnąć do sal kinowych rzesze widzów - poczynając od czołowych malkontentów kinematografii, a kończąc na niedzielnych kinomaniakach. Wprawdzie Ryan nie zyskał takiej sławy jak dwaj jego inni koledzy po fachu, efekciarski James Bond czy pomylony Austin Powers, to mimo wszystko zdobył sympatię widzów i jego przygody doczekały się już czterech ekranizacji.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Zagłoba |

Tajemnicą poliszynela jest, że kuluarami w możnych willach hollywoodzkich potentatów filmowych rządzi jedna i na dodatek wyjątkowo zmienna dziewka - moda. Nie trzeba mieć umysłu Einsteina lub zmysłów tropicielskich Holmesa, aby dojść do tego logicznego wniosku. Wystarczy pobieżnie przeanalizować historię premier filmowych, pochodzących prosto z planów "Fabryki Snów". Swego czasu mieliśmy powrót do starożytno-średniowiecznych klimatów, który zapoczątkował sukces kasowy "Gladiatora" Ridley'a Scotta. Potem przyszedł czas na reanimacje i odkurzenie dawnych bohaterów - Johna McClane'a, Rambo, Dr Henry'ego Jonesa czy Terminatora. Natomiast obecnie panuje mocny trend na ekranizacje czegokolwiek związanego z komiksem, co nie jest wcale szokującą informacją, patrząc na pieniądze jakie przyniósł niejaki "Człowiek-pająk" czy "Człowiek ze stali". Co interesujące, tym razem bogacze hollywoodzcy ochoczo dają pieniądze również tym reżyserom, którzy czerpią inspiracje z tytułów może mniej popularnych, ale równie klasycznych i skłaniających do głębszych refleksji.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Zagłoba |

Zombie - nieumarły, powstały z grobu, umarlak, żywy trup, ożywieniec. Osoba martwa, powstała z grobu, której celem jest zaspokojenie żądzy krwi poprzez konsumpcję świeżego ludzkiego mięsa albo mózgu. Kino zaserwowało nam wiele źródeł pochodzenia zombich. Do najczęstszych należą katastrofy pochodzenia pozaziemskiego (tak jak to miało miejsce w Nocy żywych trupów), wojskowe pomyłki, na skutek których najczęściej żywi ludzie zmieniają się w krwiożercze bestie, a także eksperymenty szalonych naukowców, pragnących najczęściej stworzyć armię nieumarłych.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Historia tytułowej Tank Girl sięga 1988 roku, kiedy dwóm Brytyjczykom udało się opublikować stworzony przez nich niesamowicie zwariowany komiks. Umieścili oni swoją bohaterkę na wzorowanej na Wojowniku Szos wyjałowionej pustyni, dali jej zamiłowanie do niebezpieczeństwa, broni, czołgów oraz kaskaderskich popisów i dodali do towarzystwa grupę zmutowanych pół-ludzi, pół-kangurów... Wstęp ten powinien przygotować potencjalnego odbiorcę na poziom szaleństwa, jakiego doświadczyć może w trakcie seansu, a jeśli nie, to nie moja wina - ja ostrzegałem.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Jim Cojones |

Nowoczesne maszyny, stworzone przez człowieka w celach pokojowych (si vis pacem, para bellum) przetrwały wielką wojnę nuklearną. Zyskawszy świadomość, w 2029 roku inicjują wojnę totalną ze wszystkim, co żyje na Ziemi. Gigantyczne roboty bojowe dokonują eksterminacji rodzaju ludzkiego i tylko nieliczni trafiają do niewolniczych obozów pracy, w których produkuje się nowe maszyny. Podziemia zniszczonego świata skrywają jednak miejsca, w których wciąż żyją ludzie. Organizują się w Ruch Oporu, na czele którego staje niejaki John Connor. Mężczyzna przywraca ludziom nadzieję i uczy ich jak bronić się przed śmiercionośnymi maszynami. Przeciwko ostatnim bastionom ludzkości wysyła się jednak coraz nowocześniejsze modele humanoidalnych robotów-zabójców, zwanych terminatorami. Nadrzędnym celem zamachów jest oczywiście przywódca partyzantów, Connor. Z czasem powstają cyborgi, których metalowe szkielety są pokryte wyhodowanymi tkankami ludzkiego ciała, przez co coraz trudniej jest wykryć szpiegów. Właśnie jeden z takich terminatorów - model 101 Cyberdyne Systems - zostaje wysłany 45 lat w przeszłość. Jego jedynym celem jest likwidacja Sary Connor, matki nienarodzonego jeszcze wówczas Johna. Wślad za inteligentną maszyną do zabijania, ludziom udaje się wysłać żołnierza jednostki specjalnej. Jest nim sierżant Kyle Reese, który ma odnaleźć i chronić niczego nieświadomą Sarę. Nierówna bitwa o przetrwanie ludzkości rozegra się w Los Angeles, w roku 1984.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Maksu Ordynus |

Przyszłość nie jest z góry ustalona. Nie ma innego przeznaczenia poza tym, które ukształtujemy sami. W 1984 roku, przysłanemu z przyszłości cyborgowi-zabójcy nie udało się zlikwidować Sary Connor. Został przez nią zniszczony, a jego części (rękę i uszkodzony procesor) skonfiskowała Cyberdyne Systems, korporacja z branży informatycznej. Sara przeprowadziła nieudany zamach w celu zniszczenia pozostałości terminatora. Postrzelono ją, schwytano i osadzono w szpitalu psychiatrycznym. Jej syn, John, trafił pod opiekę zastępczych rodziców. Tymczasem, badania nad procesorem doprowadziły do powstania rewolucyjnego systemu Skynet, opartego na sztucznej inteligencji. Sukcesy w testach nad bezzałogowymi samolotami sterowanymi automatycznym systemem wzbudziły zainteresowanie wojska. Wkrótce Skynetowi została powierzona kontrola nad tak zwanym czerwonym przyciskiem. W roku 1997 Skynet stał się samoświadomy. Prędkość, z jaką wyciągał wnioski zrodziła panikę wśród ludzi. 29. sierpnia, w odpowiedzi na próby wyłączenia systemu, Skynet wystrzelił rakiety na cele w Rosji. Nuklearny kontratak Rosji był natychmiastowy. Zginęła połowa mieszkańców Ziemi. Ten dzień, zwany przez ocalałych Dniem Sądu, stał się początkiem wyniszczającej wojny między ludźmi a maszynami.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Maksu Ordynus |

Co do wpływu pierwszych dwu części serii "Terminator" na kulturę postapokaliptyczną chyba nikogo przekonywać nie trzeba. Oba wyreżyserowane przez Jamesa Camerona obrazy to kwintesencja postapo, filmy doskonałe pod każdym względem, przesycone do tego głębokim przesłaniem. Wydana w 2003 roku trzecia odsłona opowieści o zmaganiach Johna Connora ze śmiercionośnymi cyborgami podzieliła zagorzałych fanów arcydzieł Camerona na długo przed premierą. Głównie ze względu na fakt, iż przyszły twórca "Avatara" nie zamierzał brać w niej udziału, deklarując, że w temacie tym powiedział już wszystko. Niemniej jednak film powstał, reżyserię powierzono zaś Jonathanowi Mostowowi, twórcy godnej uwagi, wojennej produkcji z 2000 roku, "U-571".
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Najgorszą rzeczą podczas kinowego pokazu filmu "Terminator: Ocalenie" była... grupka fanbojów, zacieszająca przed pokazem wszystkie "ciekawe" wieści ze światka fandomu. Zero taktu, zero kultury by stulić japę. Natomiast w wielkim podnieceniu, głosem przemądrzałych bubków z bogatych domów wyłuszczać swoje racje pozostałym kolesiom, a przy okazji reszcie sali. Dlatego też, jeśli w przyszłości powstanie kontynuacja historii z najnowszego "Terminatora", to pewnie tylko takie osoby jak ci fanboje zrozumieją o co tu jeszcze chodzi. Bo najnowsza odsłona cyklu jest jak pińcset halfansty sezon lostów, prizonbrejków czy innego kuriozalnego dziełka telewizyjnego, które mnoży na siłę kolejne wątki a nie zamyka stare. Byle tylko producenci nie stracili możliwości nakręcenia kolejnej części filmu, nowego serialu albo chociaż wydania gry. Ale od początku...
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Wszyscy wychowaliśmy się na filmach Disneya - Król Lew, Alladyn, Pocahontas, czy krótkie kreskówki o przygodach myszki Miki i Kaczora Donalda to produkcje, które bawiły i uczyły kolejne generacje. Cała magia tych filmów kryła się w ich jakoś i postępowości - wysoka jakoś obrazu, bohaterowie, którym głos podkładali znani Hollywoodzcy aktorzy, utwory największych gwiazd muzyki, to wszystko połączone za sobą tworzyło te wspaniałe obrazy. Wytwórnia Disneya kontynuuje tą tradycje w swoim najnowszym dziele - Wall-em.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Ostatnie lata to prawdziwy wysyp filmów o super bohaterach. Był Batman, Superman, Spider Man, Punisher itd. Wszystkie prezentowały się jako mniej lub bardziej udane kino akcji nastawione na to, by spędzić czas łatwo i przyjemnie, bez zmuszania siebie do zbytecznych przemyśleń. Były też oczywiście produkcje, które pozytywnie zaskakiwały jakością i klimatem, choćby Sin City. I to właśnie tej produkcji najbliżej Watchmenowi, ekranizacji komiksu z 1985 roku, autorstwa Iana Moore'a i Dave'a Gibbonsa. Samego komiksu nie czytałem, powszechnie jednak uważa się go za ostatnie arcydzieło nowoczesnej sztuki narracyjnej, które dokonuje rewizji mitów kultury.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

Nuklearne postapokalipsa! Haa!!! Dam radę, co to dla mnie! Wystarczy skórzana kurtka z urwanym rękawem, obrzyn w łapie, a jak się poszczęści to szybko odnajdę Pancerz Wspomagany i jakoś to będzie. Promieniowanie, głód, choroby - to mały pikuś.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Samolot ewakuujący dzieci po wybuchu III wojny światowej ulega katastrofie u brzegów bezludnej wyspy. Wśród ocalałych są wyłącznie chłopcy w wieku od 6 do 12 lat. To cywilizowane, dobrze ułożone dzieci, które wkrótce założą społeczeństwo oparte na prawie przemocy. Mechanizm znikczemnienia jest głęboki i przerażający; gdy w końcu na wyspę przybywają niosący pomoc dorośli, tylko jeden z rozbitków zechce wrócić do dawnego ładu organizacji społecznej.
Film jest adaptacją głośnej powieści Williama Goldinga, laureata Nagrody Nobla. Uznano, że pisarz zdaje się pokazywać, że demokracja jest wytworem kultury, zaś skłonność do totalitaryzmu jest organiczną częścią ludzkiej natury. Krytycy interpretowali książkę Goldinga i film Petera Brooka wieloznacznie: jako antropologiczną opowieść o konstrukcji społecznej i micie ofiary; jako dzieło o istocie sakralnego morderstwa; jako opowieść o upadku człowieka poprzez wyzbycie się wegetarianizmu i uwikłanie w spożywanie mięsa (od Raju do kultury); widziano w filmie analizę powstawania społeczeństw totalitarnych opartych o lęk; uznawano, że obaj twórcy ujawniają proces pozbywania się tożsamości (symboliczne założenie masek) i uciekania od odpowiedzialności. Pisano także, iż w węższej perspektywie dzieła pokazują, czym jest dziecko jako nieukształtowana osoba i czym jest natura w odniesieniu do pojęcia zła. Golding mówił: "Zawsze odnosiłem wrażenie, że dzieciństwo jest chorobą, z której się wyrasta; że dzieci są chyba skazane na smutek, ponieważ są dziećmi i dopiero w wieku dojrzałym mają szansę jego uniknięcia". Tym samym Golding sytuował dzieci bliżej Natury. J.J. Rousseau widział w Naturze samo dobro, film i powieść zwracają się przeciw utopiom zbudowanym na wierze w pierwotną dobroć natury ludzkiej. "Zrozumiałem - mówi pisarz - ile głupoty tkwi w naiwnej, liberalnej i prawie jak z Rousseau teorii głoszącej, że człowiek jest zdolny do perfekcji, jeśli zostawić go samemu sobie." ![]()

W bliżej nieokreślonej przyszłości, po stopnieniu wiecznych lodów na obu biegunach cała ziemia zostaje zalana przez wodę. Ludzie mieszkają w przedziwnych konstrukcjach na wodzie, poruszają się barkami, łodziami. Wierzą jednak, że gdzieś pozostał jeszcze suchy ląd i marzą o dotarciu do tego mitycznego miejsca. Źródłem nadziei jest mała dziewczynka i mapa wytatuowana na jej plecach. Przez przypadek los jej i jej opiekunki Helen zostaje połączony z losem dziwnego mutanta (ma wykształcone skrzela!), handlarza ziemią (najcenniejszym towarem zatopionego świata), który nie ma imienia, jak sam twierdzi, by "śmierć go nie odnalazła". Ale nie tylko oni szukają lądu w Wodnym Świecie.
Waterworld nie odniósł sukcesu kasowego. Pomimo oryginalnego pomysłu i dobrego wykonania technicznego film raczej rozczarowuje hollywoodzką fabułą i cukierkowym happy endem. Na jego podstawie powstała książka, niestety niewiele lepsza od pierwowzoru.
| ⇒ Menu | Zrecenzowała © Twickle |

Historia zagłady cywilizacji ziemskiej zaatakowanej przez kosmitów z Marsa. Mieszkańcy Marsa wyruszają, aby podbić Ziemię. Niszczą przy tym wszystko co staje im na drodze. Broń wymyślona przez ludzi nic nie może im zrobić, wszelkie sposoby ataku zawodzą wobec Marsjan, a żadna ziemska ochrona nie stanowi dla nich przeszkody. Jak się okazuje, Marsjanie mają bardzo prozaiczne cele, dla których podejmują inwazję, to jest konsumpcyjne. Kiedy wydaje się, że już
wszystko stracone, pomoc nadchodzi z najmniej spodziewanej strony... Tragedia widziana jest oczami głównego bohatera, który wobec szalejącej zagłady stara się odnaleźć żonę i... przeżyć! Wizja Wellsa, uważanego (tuż obok Verne'a) za ojca Science Fiction, dzisiejszemu widzowi może się wydać mocno naiwna, a temat atakujących kosmitów mocno oklepany (występuje on m.in. w "Dniu Niepodległości" oraz wyśmiewającej "kosmiczne" schematy komedii "Marsjanie Atakują"), jednak zapoznać się warto, bo... to po prostu klasyka. Ponieważ książka jest napisana mało porywającym stylem i dla większości z nas może być ciężka do przetrawienia, warto zapoznać się chociaż z filmem, który w 1954 otrzymał Oscara za efekty specjalne. Warto dodać, że na motywach powieści Wellsa powstała także w 1981 roku rodzima produkcja Piotra Szulkina pt. "Wojna Światów - następne stulecie". ![]()
| ⇒ Menu | Zrecenzowała © Twickle |

Powieść Herberta George'a Wellsa "Wojna światów" to klasyka gatunku science fiction w ogóle. Na jej motywach oparto scenariusz do niejednego filmu, lecz książka Wellsa stała się inspiracją dla twórców powiązanych nie tylko z dziesiątą Muzą. Niemniej ostatniej jak dotąd ekranizacji powieści autora "Wehikułu czasu" dokonał Steven Spielberg. Jak to zwykle bywa z nowymi obrazami tego reżysera, produkcja oraz premiera "Wojny światów" odbywała się ze stosowną pompą, a po niezachwycającym, mówiąc delikatnie, "Terminalu" apetyty widzów i krytyków zaostrzał fakt, iż Spielberg powracał do korzeni - rasowego sci-fi z obcymi w roli głównej. I? Raz jeszcze ujmując rzecz w nad wyraz powściągliwych słowach - legendarny filmowiec nie spełnił oczekiwań.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Film dozwolony od lat 18. Za czasów PRL należał do tzw. "półkowników" - filmów zakazanych przez cenzurę.
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. 8 grudnia 2000 roku jest dwunastym dniem pobytu Marsjan na Ziemi. Przybysze z Marsa poprzez telewizję i posłusznych im ludzi organizują powszechny obowiązek oddawania krwi na rzecz karłowatych "gości" z Marsa, którzy odżywiają się krwią ludzką. Naczelne hasło brzmi: "To my tworzymy rzeczywistość". W istocie, telewizja narzuca społeczeństwu wszystkie normy i ustala wartości. Iron Idem jest prezenterem jednego z programów do niedawna cenionego za wiarygodność i niezależność. Jego szef wymusza na nim aby w swym programie zachęcał do oddawania krwi dla przybyłych Marsa i odczytywał z uśmiechem na ustach propagandowe zapewnienia o przyjaznych zamiarach Marsjan. Bohater jednocześnie jednak kontestuje wewnętrznie te treści i w końcu rzuca program, traci pracę i przywileje, jego żona zostaje porwana a on wyrzucony z mieszkania. Aby odzyskać żonę decyduje się na zarejestrowanie w punkcie pobierania krwi. Marsjanie odlatują a wraz z tym faktem zmienia się obraz Marsjan przedstawiany przez wszechwładną telewizję...
Film jest mocno groteskowy, a polskie SF bardzo siermiężne, ale nie o efekty tu chodzi. Jak zwykle u Szulkina, ważniejsze jest uniwersalne przesłanie o roli jednostki, wolności i psychologii społeczeństwa. Film jest bardzo dotkliwą i jednoznaczną aluzją do rzeczywistości początku lat 80-tych. Film należy do tzw. trylogii kosmicznej Szulkina która była cyklem filmów będących aluzjami do rzeczywistości, do układu politycznego i do stosunków między władzą a społeczeństwem.
Wiadomość: W lutym 2002 w ośrodku kulturalnym Riverside Studios w zachodnim Londynie zainaugurowano dwutygodniowy pokaz filmów zdjętych przez komunistyczną cenzurę w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech w latach 1948-82. "Wojna światów - następne stulecie" była jednym z nich. Impreza obejmująca 11 filmów oraz pięć pokazów wideo zbiega się z ukazaniem się w druku publikacji "Censorship: A World Encyclopedia" (Światowa Encyklopedia Cenzury) wydanej pod redakcją Dereka Jonesa przez wydawnictwo Fitzroy Dearborn.

Słońce - źródło życia i energii na planecie Ziemia. Z reguły nie wyobrażamy sobie, co by było, gdyby go zabrakło. Przecież było od zawsze i będzie na zawsze. To po części prawda, jeśli spojrzeć na to z innej strony: będzie do końca mojego/twojego życia. To pewne. Ale warto wiedzieć, że i Słońce ma swój żywot. Niewyobrażalnie długi, ale jednak ograniczony. Poza tym jego aktywność może się zmieniać - innymi słowy: może "świecić" mocniej lub słabiej, co ma bezpośredni wpływ na Ziemię. Właśnie tę drugą koncepcję przyjęli sobie twórcy filmu "W Stronę Słońca".
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Veron |

Jest rok 2013. Na świecie nie ma pokoju, pozostał jedynie chaos, przemoc i bezprawie. Ostatnia wojna zniszczyła dorobek wszystkich cywilizacji. Nie zostało dosłownie nic. Przestały istnieć państwa, fabryki, domy, komunikacja i telefony. Świat cofnął się do zamierzchłych czasów. Zapanowały gwałt i przemoc. Na dawnym obszarze Stanów Zjednoczonych rządzi samozwańczy generał Bethlehem i jego armia bandytów. Zależy im na tym, by ludzie żyli z dala od siebie, zastraszeni, by nikomu nie przyszło do głowy naprawianie tego zburzonego świata. Jednak na podporządkowanych generałowi terenach od pewnego czasu błąka się samotny mężczyzna - czasem udaje mu się znaleźć schronienie i pożywienie w którejś z położonych tu osad, zazwyczaj jednak jest przepędzany. Pewnego dnia na bezkresnym pustkowiu, mężczyzna znajduje porzucony samochód pocztowy, w nim torbę z listami i mundur listonosza. Wpada na pomysł, by rozwieźć pozostawioną tu korespondencję do jej adresatów. Posłańca przynoszącego wiadomości z dawnego i lepszego świata zapewne nikt nie przepędzi...

Człowiek jest chyba jedyną świadomą konsekwencji swoich czynów istotą w świecie, w którym przyszło mu egzystować. A jednak od zawsze nieodłączną częścią życia człowieka jest coś, co wykształciło się w nim już na początku drogi ewolucji - instynkt przetrwania. Naturalny i nierozerwalny z ludzką naturą w ekstremalnych sytuacjach staje się przewodnikiem i bodźcem, który podświadomie nim kieruje. Jako istota rozumna człowiek pojął, że instynkt przetrwania istnieje w nim ciągle, mimo że na co dzień nie ujawnia się w sposób tak dobitny jak w sytuacjach zagrożenia, przez to chęć jak najdłuższego i jak najbardziej wygodnego życia stała się dla niego sprawą wręcz priorytetową. Dlatego też zaczął na sobie eksperymentować, by jak najbardziej zbliżyć się do osiągnięcia jak najmniej traumatycznego życia, lecz dla wielu docieranie do granic etyki, w jakie owe eksperymenty z czasem się przeobraziły, stała się nieakceptowalna.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

Tematyka zombie głęboko osadziła się w dzisiejszej popkulturze. Powstałe z grobów żywe trupy, ludzie opętani przez tajemnicze wirusy, ofiary eksperymentów niepoprawnych naukowców czy wielkich korporacji nieraz już gościły na srebrnych ekranach. Musiało więc dojść do tego, że filmowcy zaczną w końcu wykorzystywać motyw zombie - uniwersalny i plastyczny - jako parodię. Jednym z pierwszych filmów w tym stylu był Powrót żywych trupów z 1985 roku. Nie tak dawno zaśmiewaliśmy się z przyjemnego i dobrze przyjętego Zombieland, ja z kolei chciałbym się skupić na brytyjskiej produkcji Wysyp żywych trupów, która w swoim czasie zdobyła sporą popularność na całym świecie.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Death Race to nic innego jak świetnie zrobiony film o wyścigach w klimatach. W niedalekiej przyszłości (rok 2012) pogłębiający się kryzys na rynkach finansowych doprowadza do kompletnego załamania gospodarki amerykańskiej. Miliony ludzi traci prace, co skutkuje drastycznym wzrostem przestępczości, w wyniku którego więzienia pękają w szwach. Rząd nie mając wyboru pozwala na przejęcie nadmiaru więźniów przez prywatne korporacje które postanawiają na nich zarobić. Organizowane są walki na śmierć i życie, transmitowane w Internecie i chociaż biją rekordy popularności, ludzie szybką się nudzą i chcą czegoś więcej. Tym "więcej" są wyścigu w opancerzonych samochodach, z ostrą bronią palną i innymi atrakcjami.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Holden |

W "Wyścigu z czasem" Andrew Niccol powraca do antyutopijnej wizji przyszłości. W świetnie opowiedzianej, wciągającej "Gattace", wydanej w 1997 roku, przedstawił widzom przerażający obraz rzeczywistości, w której ludzkie życie zostało pozbawione godności w iście faszystowski sposób i sprowadzone do poziomu celularnego. Była to też opowieść o okraszonym cierpieniem dążeniu do szczęścia i bolesnym realizowaniu marzeń. Pomysł na "Wyścig z czasem" wydaje się jeszcze ciekawszy, a jednak w porównaniu do "Gattaki" to film znacznie słabszy.
| ⇒ Menu | © 2011 Zrecenzował Veron |

24 września 1996 wynegocjowano "Traktat o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową". Do tej pory podpisało go 179 państw, a ratyfikowało ponad 140. Zakłada on całkowity zakaz przeprowadzania prób nuklearnych, których, od wynalezienia bomby atomowej w 1945 roku, wykonano około 2000. Jak można się domyślić hegemonię w tej niechlubnej statystyce posiadają Amerykanie (oraz Rosjanie), którzy, co ciekawe, do tej pory nie ratyfikowali owego postanowienia.
Próby jądrowe były przeprowadzane dla udoskonalenia broni atomowej, ale nie tylko. Wiele krajów eksperymentowało z oddziaływaniem promieniowania na ludziach - żołnierzach, ale i Bogu ducha winnych cywilach. Muszę przyznać, że jest to dla mnie niewyobrażalne, ale fakty mówią same za siebie. Testy polegały na przykład na przebywaniu w małych odległościach od miejsca wybuchu, przechodzeniu przez tak zwaną "strefę 0" tuż po detonacji ładunku, czy nawet zrzucaniu bomb na zamieszkane, niewielkie wyspy gdzieś na oceanie... Można sobie tylko wyobrazić, jakie skutki na ludziach mogły wywołać lub też faktycznie spowodowały tego typu próby. Ich realne odzwierciedlenie możemy oglądać w filmie "Wzgórza Mają Oczy" - oczy zmutowane....
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Veron |

Powiem szczerze - nie lubię sequeli. Tylko jeden film z cyferką "dwa" lub więcej w tytule zdołał mnie oczarować i była to kontynuacja "Ojca Chrzestnego". No, można dorzucić jeszcze "Dzień Sądu". Poza tym przeważnie doznawałem uczucia zawodu, po projekcji następstw różnych filmów. Tak to już jest, że człowiek zauroczony historią w pierwowzorze, chce jeszcze lepszego obrazu, albo chociaż mu dorównującego. Ostatnimi czasy zapanowała moda właśnie na sequele oraz remake'i, które przeważnie okazują się być klapą w porównywaniu do oryginału. Chciałoby się zatem rzec, że kontynuacja przeróbki pachnie katastrofą. Takiej jednak nie było w przypadku filmu "Wzgórza Mają Oczy 2".
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Veron |

Że niby co? X-meni też są postapo? No tak, to Trzynasty Schron. Tu nie takie rzeczy potrafimy udowodnić, lecz tym razem obędzie się bez potrzeby stawania na uszach, że o innych częściach ciała nie wspomnę. Po pierwsze nie cała seria X-men - opierająca się przede wszystkim na komiksach - a trzy pełnometrażowe filmy fabularne. Historii komiksowych nie znam, nie bardzo mnie to interesuje, więc też nie będę oceniał jak one mają się do klimatów szeroko rozumianego postapo. Za to filmy owszem. O co więc chodzi? W szybkim zarysie to walka i to dosłowna ludzi z mutantami - również ludźmi, ale w wyniku biologicznej mutacji genów, obdarzonymi nadludzkimi możliwościami. Ich zdolności dla zwyczajnych śmiertelników stanowią powód do dania im miana "inności", rodzą się tzw. "kwasy", tworzą zalążki strachu, agresji, a wreszcie zmuszają normalnych do kwestii ostatecznego rozwiązania sprawy mutantów.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Squonk |

Akcja filmu dzieje się w naszych czasach w mieście aniołów - Los Angeles. Dzień jak co dzień, ciepłe kluchy. Nic nie wskazuje na to, że za niedługo życie małżeństwa dozna wstrząsu. Lexi postanawia wybrać się z psem do weterynarza znajdującego się w mieście. Nagle bez ostrzeżenia wybucha kilka bomb nieznanego pochodzenia a wszystko przykrywa biały, skażony jakimś wirusem pył. Ludziom, którzy byli w tym czasie w domu zaleca się pozostanie w środku i uszczelnienie wszelkich otworów, przez które mógłby przedostać się śmiercionośny wirus. Brad - mąż Lexi - natychmiast zabiera się do pracy i zakrywa folią wszystkie możliwe szczeliny. Jak się okazuje małżonce udało się przetrwać atak i wraca do domu tylko po to, by dowiedzieć się, że musi pozostać na zewnątrz. Oddzieleni od siebie cienką folią zostają poddani próbie wierności. Wszyscy, którzy pozostali w domach mogą czuć się bezpiecznie. ale czy aby na pewno?
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Vegeir |

"Zapowiedź" to jeden z bardziej reklamowanych filmów tego roku, słuch jednak o nim zaginął zaraz po premierze. Tajemniczy wizerunek tego obrazu i gwiazda w postaci Nicholasa Cage'a, który od kilku lat jest na topie miały zaowocować sukcesem. Sukcesu jednak nie było, a "Zapowiedź" przeleciała przez kina niczym ogórek kiszony zjedzony na pusty żołądek. Czy słusznie?
© 2009 Zrecenzował Holden
Od razu zaznaczę, że do filmu "Zapowiedź" podszedłem z pewnym dystansem, a to za sprawą głównego aktora - Nicolas'a Cage'a. Nieco bardziej zorientowani wiedzą, że grał ostatnio w takich produkcjach jak "Ostatnie zlecenie" oraz "Next". Szczerze mówiąc były one typowymi 'średniakami', niczym specjalnie nie zachwycały i miały przynieść zysk na przyzwoitym poziomie. No cóż, 'nie zawiodłem się', ale o tym nieco później.
© 2009 Zrecenzował FreeZe
| ⇒ Menu |

Gdybym miał określić film Unswortha jednym słowem, byłoby to "dziwny". Chociaż, żeby w pełni oddać temu dziełu sprawiedliwość, należy użyć co najmniej dwóch słów: "bardzo dziwny". Zresztą jak inaczej opisać dzieło, które znane jest przede wszystkim z tego boskiego stroju, w którym paraduje Sean Connery?
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Jim Cojones |

Welcome to Killadelphia
Czasami zastanawiam się jak to jest, że jakiemuś reżyserowi wychodzi w życiu tylko jeden film. W jaki sposób znajduje on w sobie zdolność i możliwość realizacji dzieła, które zgarnia szereg nagród, na które powołują się i czerpią zeń inni, cenieni nawet twórcy, i które wchodzi do kanonu rodzaju lub po prostu na długo się je zapamiętuje, mając jednocześnie na koncie bzdurne, całkowicie pozbawione sensu bytności wytwory? Co staje się dla artysty inspiracją do napisania skryptu, który zgarnia nominację do Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, a zaledwie kilka lat później ten sam autor wypuszcza na rynek film pozbawiony jakiejkolwiek koncepcji? Dziwne, ale zgodnie z obrazem "Zdarzenie" "są na świecie siły, których nigdy nie zrozumiemy". Takie na przykład jak sens powstania tego filmu.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

George A. Romero swoją trylogią "Dead Series" wyrobił sobie uznaną markę w świecie kina. Stał się prekursorem gatunków survival horror i zombie apocalypse oraz stworzył niezapomniane, inspirujące dzieła - wręcz klasyki horroru. Do tematyki zombie Romero powrócił w równo dwie dekady po wydaniu ostatniej części pierwotnej trylogii, Dnia żywych trupów. Z przykrością i bólem muszę stwierdzić, że Ziemia żywych trupów nie dorasta do pięt swoim poprzednikom.
| ⇒ Menu | © 2010 Zrecenzował Veron |

Dzisiaj przed Wami rozpościera się recenzja filmu postapokaliptycznego ale filmu postapokaliptycznego innego niż większość tego typu produkcji ;-). Bo moi drodzy nie jest to SF ani film sensacyjny, jest to... horror!
Tak horror co może was zaciekawić jeśli do tej pory nie spotkaliście się z horrorem należącym do "subgatunku" filmowego, który opowiada o walce ludzi o przetrwanie w realiach dopiero co zakończonej wojny atomowej. Druga rzecz, która wyróżnia tą produkcję na tle innych postapokaliptych filmów jest fakt, że pochodzi ona z Finlandii - kraju który raczej kojarzy się nam z posiadaną przez nas komórką i pewną wódką, a nie koniecznie z kinematografią w szczególności tą postnuklearną ;-).
| ⇒ Menu | © 2007 Zrecenzował KeniG |

Czy można połączyć humor z tematyką zombiactwa? Tak! Uważam, że nawet powinno się okraszać kolejne historie o żywych trupach dawką "przymrużenia oczu", ponieważ koncepcja istnienia zombiaków jest tak bzdurna i nierealna, że tylko na wesoło można to skonsumować. Jednak całkowicie inną kwestią jest to, jakiego rodzaju humor powinien w takich filmach być użyty.
| ⇒ Menu | © 2009 Zrecenzował Squonk |

Na siłę, wbrew mojej własnej woli, związany, zakneblowany i pozostawiony przed monitorem.... - i te sprawy - tak mógłbym się tłumaczyć, gdyby ktoś zapytał mnie, czemu obejrzałem ten film. "Zombie strippers" to nie tylko tytuł produkcji, wbrew pozorom wcale nie niskobudżetowej, ale zarazem te dwa słowa to właściwie jedyne powody dla których ktokolwiek chciałby obejrzeć ten film. No, ewentualnie można by też doszukać się trzeciego, jakim jest humor. I na tym się kończy lista atutów, ale nie niniejsza recenzja. Pozostało jeszcze zadecydować, czy jest to przede wszystkim film bardziej o zombie, czy o striptizie, lekki horror z elementami komedii czy komedia z elementami tandetnego horroru. Bierzmy się zatem do dzieła. Czy mówiłem już, że jedną z głównych ról odgrywa Jenna Jamesom?
| ⇒ Menu | © 2007 Zrecenzował Ulyssaeir |